Prezydent Rzeszowa Konrad Fijołek po raz kolejny chciał podnieść podatki od nieruchomości. Sukcesu nie było, ale kropka nie została postawiona. Projekt może jeszcze wrócić na sesję, tak jak rok temu.
Wyższych podatków na razie nie będzie. Radny Maciejczyk wyszedł z sali, skończyło się kłótnią o jego głos
O podwyżce podatku od nieruchomości w Rzeszowie mógł przesądzić jeden radny. Mateusz Maciejczyk tłumaczył, że próbował zagłosować spoza sali, ale system nie doliczył jego głosu. Uchwała przepadła z wynikiem 11 do 11 i wtedy radni przeszli samych siebie.

Rzadko piszemy o tym, jak radni ze sobą rozmawiają i jak przewodniczący próbuje utrzymać porządek na sali. Tym razem trudno to pominąć.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od pieniędzy.
5 zł za mieszkanie, 113 zł za lokal firmy
Ratusz chciał podnieść stawki podatków od 1 stycznia 2027 r. Stawki miały dojść do maksimum, które co roku ogłasza minister finansów. Za metr kwadratowy mieszkania podatek wzrósłby z 1,24 zł do 1,29 zł, a za metr budynku firmy z 35,36 zł do 36,49 zł. Wyjątkiem miały być grunty pod budynkami mieszkalnymi. Tu stawka 0,67 zł zostałaby o 13 gr niższa od maksymalnej.
Przy mieszkaniu o powierzchni 60 mkw. i 60 mkw. gruntu pod nim podatek wzrósłby o 5 zł rocznie. Właściciel domu o powierzchni 100 mkw. na ośmioarowej działce zapłaciłby 29 zł więcej. Gdyby dom miał wolnostojący garaż, podwyżka wyniosłaby 38 zł..
Opozycja domagała się, żeby prezydent najpierw poszukał oszczędności bliżej siebie. Jacek Strojny z Razem dla Rzeszowa porównał jego najbliższe otoczenie z władzami Krakowa.
- Zaczynając od siebie, od liczby zastępców, których my mamy pięciu, a w Krakowie wystarczy trzech - mówił Jacek Strojny.
Konrad Fijołek bronił podwyżki wielkością miasta. Po poszerzeniu granic Rzeszów jest dwa i pół raza większy i musi utrzymywać drogi oraz autobusy tam, gdzie zabudowa jest rzadka.
Michał Wróbel na taki argument wyciągnął przykład Zielonej Góry, która też mocno się rozrosła.
– I niech pan zgadnie, które miasto w 2026 roku miało najniższe stawki podatku od nieruchomości. Właśnie ta Zielona Góra. Więc ta pana logika znowu nie trzyma się kupy - mówił do prezydenta.
Spór szybko zszedł z podatków na urząd. Według Wróbla na początku kadencji Fijołka pracowało w nim 660 osób, dziś ponad tysiąc. Prezydent tłumaczył to budżetem większym o miliard złotych i nowymi zadaniami. W końcu stracił cierpliwość.
– Więc proszę nie siać nieprawdy, manipulacji, populizmu, tylko słuchać tego, o czym mówi się na tej sali - mówił Fijołek do Wróbla.
Pieniądze mają pójść na inwestycje
Rafał Kulig pytał, dlaczego miasto nie stosuje zasady n-1. Rada przyjmowałaby wtedy maksymalne stawki z poprzedniego roku, a mieszkańcy wiedzieliby z wyprzedzeniem, ile zapłacą.
- Przez ubiegłe lata podatki nie były podnoszone i w pewnym momencie stanęliśmy przy drastycznym podniesieniu podatków - mówił Rafał Kulig.
Konrad Fijołek odpowiadał, że miasto nie umie dzisiaj przewidzieć własnych dochodów. Ile pieniędzy dostanie na przyszły rok, ratusz dowiedział się dopiero w zeszły piątek. Ministerstwo finansów miało w tym roku sprawdzić z samorządami, jak działa nowa ustawa o ich dochodach. Do tego jednak nie dojdzie. Prezydent wróci do zasady n-1 dopiero po takim przeglądzie, najwcześniej w maju.
W tej samej odpowiedzi zapowiedział, że cały dodatkowy dochód z podatku pójdzie w przyszłorocznym budżecie na inwestycje. Nie na zatrudnienie i nie na wydatki bieżące. Każdy milion więcej nadwyżki operacyjnej to według niego więcej inwestycji w kolejnych latach.
Andrzej Dec poparł podwyżkę i uważa, że podatek trzeba co roku podnosić o inflację. Mówił, że rząd zleca samorządom zadania, ale nie daje na nie pełnych pieniędzy. Jacek Strojny skwitował to prosto - prezydent powinien pójść do wojewody po ponad 40 mln zł, które mogą się należeć miastu za źle wycenione zadania zlecone przez rząd.
Wróbel dopytywał o rachunek prezydenta.
- W jaki sposób 1 milion złotych przeznaczonych na inwestycje miałby nam poprawić nadwyżkę operacyjną, która jak wiadomo związana jest z wydatkami bieżącymi? - pytał Wróbel.
Wróbel dopytywał o rachunek prezydenta. Prezydent obiecał, że radni dostaną wyjaśnienie przy pracach nad budżetem. Sławomir Gołąb chciał zakończyć dyskusję - według niego odbiegła od uchwały. Radni wniosek odrzucili, 11 głosów było za, a 13 przeciw.
Głos, którego nie było
Najpierw przepadł wniosek Krystyny Wróblewskiej o odesłanie projektu do komisji. Za było 9 radnych, przeciw 14. Komisja budżetu dzień wcześniej poparła projekt trzema głosami do dwóch. Wróblewska chciała, żeby zajęła się nim jeszcze raz, bo rozmawiano tam głównie o podatku od budowli. Chwilę później rada głosowała nad uchwałą. Robert Kultys i - co już nie jest zaskoczeniem - Andrzej Szlachta, który zawiesił swoje członkostwo w klubie PiS, wstrzymali się. Reszta radnych była pół na pół. Przewodniczący Waldemar Szumny zamknął punkt i rada zajęła się oświadczeniami majątkowymi.
Podczas głosowania wniosku Wróblewskiej system zaliczył głos Mateusza Maciejczyka z klubu KO, przy uchwale już nie. Radny wrócił na salę - debata nad kolejnym punktem już trwała - i zgłosił, że urządzenie mu się nie odświeżyło. Domagał się reasumpcji albo wpisania swojego głosu do protokołu.
Kto był na sali, a kogo nie było?
Dla Mateusza Szpyrki sprawa była jasna: radnego nie było, głosowanie zamknięte. Andrzej Dec przyznał, że jemu też zdarzało się głosować z telefonu w sali obok. Ostrzegał, że bez powtórki rada i tak wróci do sprawy za kilkanaście dni. Szumny odpowiadał, że nie szuka radnych po korytarzach.
Prezydent stanął po stronie Maciejczyka.
– Nie znam zasady, że trzeba być na sali, żeby głosować. Nie znam zapisu statutowego, że trzeba być na sali. Nie znam takiego zapisu - powiedział Konrad Fijołek.
Przewodniczący prosił o ciszę i upominał Sławomira Gołębia. Elżbieta Niedzielska chciała wiedzieć, jak w takim razie liczyć kworum. Przypomniała też, co Maciejczyk robił poza salą.
– Pan radny Maciejczyk wyszedł na zewnątrz udzielić wywiadu. Jego kolega koalicyjny Sławek Gołąb dwukrotnie złożył wniosek formalny o zamknięcie dyskusji. To się panowie dogadujcie między sobą, jak liczycie - komentowała Elżbieta Niedzielska.
Słowa Elżbiety Niedzielskiej potwierdzamy. Maciejczyk wyszedł z sali udzielić wywiadu jednej z lokalnych rozgłośni radiowych.
Krystyna Wróblewska, której wniosek przepadł wcześniej, była przeciw powtórce. Miała dość ciągłego wychodzenia radnych z sali.
– Po prostu jest mi przykro, że tak się zachowujemy na naszych sesjach - mówiła Krystyna Wróblewska.

Wymowna przerwa
Według radczyni prawnej rady problem ze sprzętem, o którym mówił Mateusz Maciejczyk, wystarczał, żeby głosować jeszcze raz. Waldemar Szumny się nie zgodził i zarządził dziesięć minut przerwy.
Po przerwie wyjaśnił swoją decyzję. Kto ma kłopot ze sprzętem, podnosi rękę. Podniesionej ręki Maciejczyka nie widział.
– No był poza salą, więc nie mogłem tego zauważyć - mówił Waldemar Szumny, przewodniczący Rady Miasta Rzeszowa.
Do tego rada od około pięciu minut zajmowała się już kolejnym punktem. Andrzej Dec przekonywał, że powtórkę można zrobić w każdym momencie sesji. Mateusz Maciejczyk podał godziny z nagrania: głosowanie skończyło się o 11.13, a on zgłosił się minutę później, z urządzenia Sławomira Gołębia.
Szumny odpowiedział, że dotąd radni nie zgłaszali się z urządzeń innych osób.
Radczyni prawna sięgnęła jeszcze do statutu. Powtórka jest możliwa w tym samym punkcie obrad. Przyznała też, że nie śledziła, kiedy radny wchodził i wychodził.
Szumny nie ustąpił. Do ponownego głosowania nie doszło.

Udostępnij ten artykuł




