Kiedy próbuję zrozumieć, co się zmienia, dochodzę do dwóch hipotez. Być może obie są prawdziwe jednocześnie.
Pierwsza: rozrastanie się aglomeracji miejskich rozmywa lokalne więzi. Tam, gdzie wszyscy się znali, nikt nie rzucał jajkami w okna sąsiada. Anonimowość miasta daje poczucie bezkarności. Kiedy Rzeszów wchłania kolejne wsie i osiedla, zabiera im coś, czego nie da się odtworzyć dekretem - wspólnotowość i poczucie odpowiedzialności za wspólną przestrzeń.
Druga: importujemy Halloween jako opakowanie bez zawartości. Przyjęliśmy kostiumy, dynie i cukierki. Nie przyjęliśmy tego, co w tej tradycji jest niewidzialne - wychowania do granic. W Stanach Zjednoczonych, skąd pochodzi ten zwyczaj, „psikus” ma swój kontekst kulturowy i swoje granice. Tutaj przyszedł sam obrazek, bez instrukcji.
Młodzież, która tej nocy rzucała jajkami, nie myślała o prawie. Nie myślała o kosztach czyszczenia elewacji, o starszej osobie, która będzie to ścierać przez godzinę, o ramach okiennych, które mogą wymagać wymiany. Nie myślała, bo nikt jej tego nie powiedział.