Lipa Beniowa
Stara lipa w Beniowej rośnie tam, gdzie kiedyś była wieś. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych śladów dawnego życia w Worku Bieszczadzkim. |Fot. Łukasz Pelc

Połoniny wyglądają dzisiaj – bez wyrzutów sumienia to stwierdzę – jak deptak. W sezonie parking na Przełęczy Wyżnej, z którego tłumy podążają do słynnego schroniska Chatka Puchatka, po prostu pęka w szwach. Ale są jeszcze Bieszczady, w których przez wiele kilometrów idzie się nie po widok, tylko po ciszę, której towarzyszy historia. Zapraszam do źródeł Sanu.


Szlak do umownych źródeł Sanu prowadzi przez Worek Bieszczadzki – miejsce tak zielone, że odpoczywają oczy, i tak puste, że zawsze kiedy tutaj jestem, wydaje mi się, że słyszę ludzi, których już tu nie ma.

W tym artykule celowo nie opisuję historii dawnych wsi. Dzielę się klimatem, którego za każdym razem doświadczam, będąc w tym miejscu. I za każdym razem inaczej.

To nie jest trasa na szybkie zdjęcie z Bieszczad (forma Bieszczadów razi mnie w uszy, choć wiem, że obie są poprawne). Nie ma tu schroniska, do którego idzie się po naleśniki, pierogi i zimne piwo. Nie ma niezalesionej grani, na której wszyscy stają z telefonem, próbując zrobić pamiątkowe zdjęcia, na których nie widać nikogo (czasami się udaje). Jest długa droga przez dolinę górnego Sanu, dawne wsie, stare cmentarze, granicę polsko-ukraińską i zieleń, która przykryła więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

Właśnie dlatego ta część Bieszczad działa inaczej. Człowiek idzie przez las, łąki i opuszczone miejsca. Po czasie rozumie, że ta cisza nie jest naturalną pustką. Ona została po wsiach, po torach, po letniskach, po wojnie i po wysiedleńcach.

Do dzisiaj z czasów podstawówki pulsuje mi ciekawa myśl: kto nie zna przeszłości, ten nie zrozumie teraźniejszości. Sprawdza się, dlatego już na wstępie uwaga praktyczna ode mnie – zanim zaplanujesz wyjazd i spakujesz plecak, przeczytaj najpierw książkę Krzysztofa Potaczały „Tak blisko, tak daleko. Bieszczady po drugiej stronie granicy”.

Zapewniam, że po lekturze, idąc tą trasą, poczujesz, co w tym miejscu pokryła przyroda: czasy świetlności fragmentu II Rzeczypospolitej z uzdrowiskami, infrastrukturą kolejową, trasami narciarskimi, fabrykami, później terror sowiecko-niemiecki i przetasowania historyczne.

Bieszczadzki Worek. Czas, start

Szlak prowadzący do źródeł Sanu zaczyna się na parkingu w Bukowcu. To już teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Obok stoi budka, w której można kupić bilet. Bywa zamknięta, ale nie ma powodu do paniki. Najczęściej bilet będzie czekał za wycieraczką, a zapłacić można już po powrocie w Tarnawie Niżnej, gdzie również działa punkt BPN.

Jak dojechać? Z Ustrzyk Dolnych jedziemy drogą wojewódzką nr 896 w stronę Ustrzyk Górnych. W Stuposianach skręcamy w lewo, w kierunku Mucznego. Najpierw jest równa nawierzchnia. Mijamy Muczne i jedziemy dalej prosto, już mniej gładką drogą i wolniej, do Tarnawy Niżnej. Po lewej mijamy baraki znane z serialu „Wataha”. Kręcono tam sceny z ośrodkiem dla uchodźców.

Między Tarnawą Niżną a Tarnawą Wyżną robimy krótki przystanek. Znajduje się tu rezerwat florystyczno-torfowiskowy, który powstał w 1976 r. Torfowisko Tarnawa ma dwie części – większe ma ok. dwudziestu hektarów, mniejsze ok. sześciu. Najlepszą opcją jest wybór mniejszego. Warto przejść trzysta metrów w jedną stronę drewnianymi podestami i podziwiać bieszczadzką roślinność.

Torfowisko Tarnawa
Torfowisko w Tarnawie Niżnej to krótki, ale bardzo bieszczadzki przystanek. | Fot. Łukasz Pelc
Torfowisko Tarnawa
Spacerując po torfowisku oczy często uciekają w innym kierunku. Przy dobrej pogodzie łatwo stąd dojrzeć Halicz lub Bukowe Berdo. | Fot. Łukasz Pelc

Wracamy do auta i jedziemy dalej. Prosto, aż do parkingu w Bukowcu. Wysiadamy i… nie dostajemy żadnej nagrody. Trzeba iść długo, spokojnie, czasem monotonnie. Dopiero wtedy zaczyna się dziać coś, czego na zatłoczonych połoninach nie da się doświadczyć. Pojawia się przestrzeń.

Do umownych źródeł Sanu idzie się około trzech godzin. Trasa w jedną stronę ma ponad 10 kilometrów. Prowadzi zieloną ścieżką przyrodniczą przez dolinę górnego Sanu.

Źródła Sanu
Worek Bieszczadzki to turystyczne określenie polskiej część doliny górnego Sanu, od jego źródeł, aż po Tarnawę Niżną. Teren jest płaski. Idąc od parkingu w Bukowcu w tle widać pasmo Tarnicę. |Fot. Łukasz Pelc

Tu nie ma pustki. To teren po dawnych wsiach

Dolina górnego Sanu nie jest dzika w sensie pierwotnym. To nie jest ziemia, której człowiek nigdy nie dotknął. Przeciwnie – przez wieki mieszkali tu ludzie. Były wsie, pola, cerkwie, cmentarze, drogi, mosty, stacje, karczmy i letnicy.

Z tego świata zostało niewiele. Czasem tablica. Czasem cmentarz ukryty w trawie. Czasem podmurówka. Czasem drzewo, które jest jedynym żywym świadkiem dobrych i złych czasów.

Dlatego tę trasę trzeba czytać powoli. Nie tylko oczami. Pod nogami jest droga, ale obok cały czas idzie historia.

Lipa w Beniowej. Drzewo zamiast wsi

Po około czterdziestu minutach marszu dochodzi się do starej lipy w nieistniejącej już wsi Beniowa. Nieoficjalnie ma na imię Antonina. Tu przystanek jest obowiązkowy.

Rośnie samotnie, a jednak trudno o bardziej ludzkie miejsce na tej trasie. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby poczuć, że kiedyś nie była samotna. Stała przy głównej drodze do wsi, po której chodzili ludzie różnych języków, wyznań i obrządków.

Dla nich była częścią krajobrazu, tak jak dla nas częścią codzienności jest blok, sklep, przystanek albo światło na skrzyżowaniu. Lipa w Beniowej pamięta czasy, kiedy dolina tętniła życiem, i czasy, kiedy to życie zostało przerwane.

Wystarczy stanąć pod drzewem i zobaczyć, że w miejscu, gdzie powinna być wieś, jest trawa.

lipa
Pod starą lipą w Beniowej najlepiej widać, że Worek Bieszczadzki nie jest pusty. To miejsce po ludziach, domach i codziennym życiu. | Fot. Renata Paprota

Cerkiew, cmentarz i symbol ryby

Idąc dalej, dochodzimy do miejsca po dawnej Beniowej, jednej z wsi bieszczadzkiego worka. Zachowało się tu miejsce po cerkwi greckokatolickiej św. Michała Archanioła oraz stary cmentarz.

Pierwsza wzmianka o cerkwi pochodzi z 1589 r. Ostatnią świątynię zbudowano w 1909 r. Została splądrowana podczas wysiedleń w 1946 r., a później zniknęła z krajobrazu. Do dziś przetrwały m.in. podmurówka, krzyże ze zwieńczeń oraz kilkanaście nagrobków.

Krzyż Beniowa
Po cerkwi w Beniowej zostały podmurówka, krzyże ze zwieńczeń i kilkanaście nagrobków. Resztę przykryła trawa i czas. | Fot. Łukasz Pelc

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych śladów tego miejsca jest kamienna podstawa chrzcielnicy z symbolem ryby. Odnaleziono ją w 1990 r., a później remontowali ją społecznicy.

To jeden z tych punktów, przy których człowiek mimowolnie zwalnia. Bo tu naprawdę widać, że Bieszczady nie są tylko ładnym krajobrazem.

Ruiny, ruiny i groby

Po kolejnych kilometrach, po drodze mijając wiatę, dochodzimy do ruin dawnego folwarku Stroińskich w Siankach.

Rodzina Stroińskich była właścicielem wsi od XVIII wieku. Był tu duży drewniany dwór, kilka budynków gospodarczych i świat, którego dziś prawie nie da się odtworzyć bez książek, map i wyobraźni. Częściowo może w tym pomóc specjalna makieta.

Po wojnie, wysiedleniach i Akcji „Wisła” dawny porządek przestał istnieć. Zabudowania zniknęły, a po folwarku zostały ruiny.

Ruiny dawnego folwarku Stroińskich w Siankach
Ruiny dawnego folwarku Stroińskich w Siankach. | Fot. Renata Paprota
Ruiny dawnego folwarku Stroińskich w Siankach
Ruiny dawnego dworu Stroińskich w Siankach. Przed wojną była tu wieś i folwark, dziś zostały fragmenty murów przy szlaku. | Fot. Renata Paprota

Po około dwudziestu minutach dochodzimy do Grobu Hrabiny – miejsca pochówku Klary Stroińskiej i jej męża Franciszka. Nazwa mówi tylko o hrabinie, ale pochowani są tam oboje.

Legenda głosi, że Franciszek po śmierci żony codziennie odwiedzał jej grób. Musiał ją bardzo kochać. Po śmierci pochowano go obok niej.

Na całej trasie mijamy też inne groby. Części nie zauważamy. Część nie przetrwała w pamięci. W Worku Bieszczadzkim historia nie zawsze stoi przy ścieżce z tabliczką. Czasem leży kilka metrów obok w wysokiej trawie.

Legenda głosi, że Franciszek po śmierci żony codziennie odwiedzał jej grób. | Fot. Renata Paprota

Po jednej stronie ślad, po drugiej pociąg

Idziemy dalej. Po około dwudziestu pięciu minutach można usiąść na drewnianej ławce. To umowny punkt widokowy na ukraińskie Sianki.

Tu dobrze widać jeden z najmocniejszych kontrastów tej trasy. Po polskiej stronie są ślady dawnego życia. Po drugiej stronie granicy jest wieś, dachy, droga, kolej i pociąg, który czasem naprawdę słychać.

Sianki przed wojną były znaną miejscowością letniskową. Przez Przełęcz Użocką prowadziła linia kolejowa, która łączyła Galicję z Zakarpaciem i dalej z większym światem. Dla Sianek oznaczało to rozwój, przyjazdy gości, pensjonaty i ruch.

Krzysztof Potaczała w swojej książce pisze, że w II Rzeczypospolitej wydawano nawet broszury turystyczne z opisem atrakcji tego miejsca. Można sobie tylko wyobrazić, jak inaczej wyglądała ta dolina, siedząc dziś na ławce i patrząc na drugą stronę granicy.

Na stacji kolejowej w Siankach, z której można dotrzeć m.in. do Lwowa, kręcono także sceny do serialu „Wataha”.

To dziwne uczucie: iść po stronie, gdzie z dawnego życia zostały resztki, i widzieć za granicą życie. Jakby historia nie zniknęła całkiem, tylko przesunęła się o kilkaset metrów, za granicę, której kiedyś nie było.

W Bieszczadach takie kontrasty są mocniejsze niż widoki. Bo tu granica nie jest abstrakcją z mapy. Ona idzie obok człowieka z każdym krokiem.

Źródła Sanu są umowne. I właśnie dlatego pasują do tej trasy

Do celu wycieczki dochodzi się po około dwudziestu pięciu minutach od punktu widokowego. Przed nami umowne źródła Sanu – mały strumień, który wypływa z ziemi. Prawdziwy początek rzeki znajduje się po stronie ukraińskiej. Po polskiej stronie jest miejsce symboliczne, dostępne dla turystów.

Ktoś może powiedzieć, że się rozczarował. Tyle kilometrów i na końcu coś umownego.

Dla mnie odwrotnie. To pasuje do całej trasy. W Worku Bieszczadzkim wiele rzeczy jest umownych. Wieś, której nie ma, ale jest na mapie. Droga, która prowadzi przez miejsce po ludziach. Granica, która oddziela dwa brzegi tej samej historii. Źródło, do którego dochodzimy, choć prawdziwy początek jest gdzie indziej.

Tu nie chodzi o odhaczenie punktu. Bardziej o dojście do miejsca, w którym człowiek rozumie, że Bieszczady nie są tylko ładnym krajobrazem.

źródła sanu
Tu kończy się nasza wycieczka przy źródle pierwszego lewego dopływu Sanu okolicach Przełęczy Użockiej, która oddziela Bieszczady Wschodnie od Zachodnich. |Fot. Łukasz Pelc

Granica nie jest dekoracją do zdjęcia

W tej części Bieszczad trzeba pamiętać, gdzie się jest. Granica z Ukrainą biegnie blisko szlaku. Słupki graniczne kuszą, bo wyglądają jak gotowy rekwizyt do zdjęcia. Tylko że to nie jest dekoracja na Instagrama.

W pasie granicznym trzeba trzymać się wyznaczonego szlaku i mieć przy sobie dokument tożsamości. Robienie skrótów albo zdjęć tam, gdzie nie wolno, może skończyć się interwencją Straży Granicznej i mandatem. Słyszałem historię o turystach, którzy przeszli pas graniczny i robili sobie zdjęcia przy ukraińskim słupku. Skończyło się zabraniem dokumentów, zatrzymaniem i przewiezieniem ich do konsulatu we Lwowie.

To dobrze ustawia głowę na tej trasie. Worek Bieszczadzki nie jest parkiem rozrywki. Jest miejscem pięknym, ale też poważnym. I chyba dlatego działa tak mocno.

Granica polsko-ukraińska w dolinie górnego Sanu. | Fot. Łukasz Pelc

To nie jest trasa dla każdego. I dobrze

Szlak do umownych źródeł Sanu nie jest trudny technicznie, ale to całodniowa wycieczka, nie szybki spacer po obiedzie.

Nie ma tu też łatwej bieszczadzkiej nagrody, którą daje wejście na połoninę. Nie ma nagłego „wow” po wyjściu ponad las. Jest raczej powolne wchodzenie w krajobraz, który najpierw wydaje się pusty, a potem robi się coraz gęstszy od znaczeń i drzew.

Dlatego ta trasa nie każdemu się spodoba. I dobrze. Są miejsca, które najlepiej działają wtedy, gdy nie próbują nikomu niczego udowadniać.

Nie wiem, czy udało mi się oddać klimat i ducha tego miejsca, ale się starałem. Ocenę pozostawiam Tobie, drogi czytelniku. Wiem na pewno, że przyroda i historia Ciebie też tam zapraszają.


Bądź na bieżąco. Obserwuj ToRzeszów w Google News. Jesteśmy też na Facebooku i Instagramie.

REKLAMA
Udostępnij.

Dziennikarską przygodę zaczął z mikrofonem w ręce, który po latach zamienił na cyfrowy papier. Filozoficzny geek, który chodzi po górach i szuka sensu życia. | Kontakt: lukasz.pelc@torzeszow.pl

Zostaw Komentarz