
Jeśli wam się wydaje, że biura poselskie są miejscem kontaktu z mieszkańcami, gdzie można spotkać posła lub załatwić jakąś sprawę, to grubo się mylicie. One nie są dla was i nie ma znaczenia, że są utrzymywane z waszych podatków. Większość z nich to biura widmo, bo „wybrańcy narodu” mogą, ale nie muszą bratać się z pospólstwem.
Spis treści:
Większość z nas do tej pory zapewne naiwnie myślała, że biura poselskie są miejscem kontaktu z mieszkańcami. Śpieszymy z informacją, że nie. Mimo tego, że w 2026 roku każdy poseł dostaje z Kancelarii Sejmu ryczałt na prowadzenie biura poselskiego w wysokości 25 tys. zł miesięcznie – jak już wspominaliśmy – z naszych podatków.
Bo to my płacimy pensję posłom, my utrzymujemy ich biura i my dajemy im kasę na paliwo, a czasem na kamery, gimbale, plecaki ewakuacyjne czy ekspresy do kawy.
Rocznie daje to kwotę w wysokości 300 tys. zł. Problem w tym, że nikt nawet nie sprawdza, czy biuro rzeczywiście działa dla mieszkańców. Teraz się też okazuje, że od posła, to w zasadzie nie mamy czego oczekiwać.

Szukaliśmy biura Ziobry. Znaleźliśmy zamknięte drzwi
Postanowiliśmy sprawdzić, jak wygląda to w praktyce. Zaczęliśmy od biura poselskiego Zbigniew Ziobro przy ul. Hetmańskiej w Rzeszowie, gdzie swoje biura ma większość podkarpackich polityków PiS.
Kiedy byliśmy drzwi były zamknięte. Tak samo jak większość innych biur na tym piętrze.
W środowisku dziennikarskim od dawna krąży żart, że asystent Ziobry gdzieś istnieje i podobno czasem pojawia się na sesjach sejmiku województwa.
Sam poseł na Podkarpaciu od lat praktycznie się nie pokazuje. Ostatni raz publicznie był widziany tutaj jesienią 2023 roku, tuż po wyborach parlamentarnych, kiedy dziękował mieszkańcom za prawie 75 tys. głosów zdobytych jako lider listy PiS w okręgu rzeszowsko-tarnobrzeskim. Zapowiadał wtedy, że będzie walczył o interesy regionu „niezależnie od składu rządu”.
Później zrobiło się o nim głośno z innych powodów. Polityk ukrywał się przed polskim wymiarem sprawiedliwości na Węgrzech, a następnie wyjechał do USA, gdzie będzie pracować jako korespondent Telewizji Republika. Do kraju na razie nie wraca, bo prokuratura chce mu przedstawić 26 zarzutów, w tym kierowania grupą przestępczą, za co grozi mu nawet 25 lat więzienia.

Kancelaria Sejmu: Poseł może praktycznie wszystko
Zapytaliśmy więc Kancelarię Sejmu, jak właściwie powinny działać biura poselskie. Czy muszą być otwarte? Czy ktoś kontroluje ich funkcjonowanie? Czy można odebrać ryczałt posłowi, którego biuro istnieje głównie na papierze?
Odpowiedź była zaskakująco szczera.
Organizacja pracy biur poselskich, w tym godziny ich pracy oraz sposoby kontaktu interesantów z pracownikami są ustalane przez prowadzących je posłów i dostosowane do lokalnych uwarunkowań i bieżących potrzeb. Kancelaria Sejmu nie narzuca w tym zakresie żadnych rozwiązań.
Innymi słowy – biuro może być otwarte albo zamknięte. Poseł może przyjmować mieszkańców albo nie. Może odbierać telefony albo nie odbierać. Może odpisywać na maile albo uznać, że nie ma czasu.
Kancelaria kontroluje właściwie tylko jedno – czy zgadzają się rachunki i czy zakupiony przez polityka sprzęt znajduje się tam gdzie powinien.
Jedni pracują normalnie, inni znikają po wyborach
Nie wszystkie biura działają jednak tak samo. Biuro posłanki Prawa i Sprawiedliwości Ewy Leniart przy ul. Bernardyńskiej działa regularnie. Posłanka jest widywana w nim niemal codziennie w tygodniach niesejmowych i to już koło godziny 8 rano. Systematycznie organizuje też konferencje prasowe i chociaż telefonów zazwyczaj nie odbiera, to odpowiada na maile.
Podobnie wygląda kontakt z kolejnym posłem PiS Marcinem Warchołem, który co prawda w biurze zbyt wiele czasu nie spędza, ale oddzwania i odpowiada na wiadomości. Co ciekawe – choć na stronie Sejmu nie ma nazwiska pracownika jego biura, poseł w rocznym sprawozdaniu podał, że na jego pensję poszło ponad 115 tys. zł.
Wykaz na stronie internetowej nie dotyczy pracowników, lecz współpracowników, ja go nie prowadzę, lecz Kancelaria Sejmu. Ich proszę pytać, dlaczego na swojej stronie nie umieścili danych mojego pracownika
mówi poseł.
Po chwili, już w swoim charakterystycznym stylu, dodaje, że jeśli mamy „przemożne pragnienie poznania jego danych osobowych”, to możemy zwrócić się do Kancelarii Sejmu o ujawnienie jego imienia, nazwiska, adresu zamieszkania, numeru pesel i wszystkich innych danych, które nas interesują od numeru buta, przez wzrost czy kolor oczu.
Dodaje, że on nie jest uprawniony do podawania jego danych osobowych, ale za moment oddzwania i mówi, że jego pracownik „dla świętego spokoju i nakarmienia hejterów z twitterka”, skontaktuje się z kancelarią, aby wpisali go na stronie sejmowej.
Najwyżej jego żona będzie się denerwować, ale może ich małżeństwo to przetrwa
żartuje Marcin Warchoł.

W jednych biurach pracują, inne otwarte okazjonalnie
Z kolei biuro Pawła Kowala, posła Koalicji Obywatelskiej i szefa partii w regionie, mieści się przy ul. Kraszewskiego, wraz z biurem europosłanki Elżbiety Łukacijewskiej. Trudno jednak zastać je otwarte, bo poseł większość czasu spędza w Warszawie.
Na Podkarpaciu przebywa przeważnie w czasie weekendów, a w poniedziałki, przed wyjazdem do stolicy, organizuje konferencje prasowe. Trzeba przyznać, że dość szybko odpowiada na pytania wysyłane na WhatssAppa.
Inaczej wygląda funkcjonowanie biura poselskiego kolejnego posła KO Zdzisława Gawlika w przy ul. Bernardyńskiej w Rzeszowie. Tam codziennie, przez osiem godzin, przebywa osoba, która je prowadzi i zawsze można przyjść, aby porozmawiać lub przekazać pismo do posła.
Poseł Gawlik do Rzeszowa przyjeżdża kilka razy w tygodniu, ale po tym jak przestał być szefem regionu nie zorganizował tu ani jednej konferencji prasowej. Telefonów też zazwyczaj nie odbiera, ale na maile odpisuje.

Setki tysięcy złotych. I różne pomysły na wydawanie pieniędzy
Z sejmowych rozliczeń wynika, że podkarpaccy posłowie wydają na biura ogromne kwoty, zaznaczamy, że sprawdziliśmy tylko niektórych (szczegóły na stronie: sejm.gov.pl).
W kosztach można rozliczyć m.in.: pensje dla pracowników, koszty tłumaczeń, opłaty za telefon, ogłoszeń czy korespondencji oraz słynne kilometrówki. Pamiętajmy też, że niektórzy posłowie otworzyli jedno, a inni nawet trzy biura.
Najwięcej na prowadzenie niedziałającego biura wydał poseł Ziobro, ale o tym poniżej. Druga jest posłanka PiS Maria Kurowska, z kwotą 332 755,90 zł. W sprawozdaniu nie wykazała jednak żadnych zakupów do biura.
Tuż za nią znalazł się Marcin Warchoł – 318 330,18 zł. Również bez zakupów wyposażenia.
Ewa Leniart wydała 306 752,75 zł. Wśród zakupów znalazły się m.in. telewizor LG za 2 699 zł oraz szafa za 3 500 zł. Kolejny jest poseł PiS Marek Kuchciński wydał 298 025,12 zł – bez zakupów do biura.
Adam Dziedzic, poseł PSL, przeznaczył na działalność biura 283 129,72 zł. Trochę wydał, ale nie poszalał – kupił m.in. translator VascoE1 za 1 600 zł, składane krzesło i pendrive’y.
Krystyna Skowrońska z KO na prowadzenie biura wydała 280 123,59 zł, jej partyjny kolega Marek Rząsa – 278 817,61 zł, a poseł Zdzisław Gawlik – 253 563,11 zł. Zakupów do biura nie wykazali.
Posłanka KO Joanna Frydrych na biuro wydała 282 409,98 zł i kupiła m.in. telefon Samsung Galaxy A54 5G za 2 599 zł.
Z kolei Paweł Kowal wykazał, że prowadzenie biura kosztuje go 278 562,62 zł, a na stoły, krzesła i blaty wydał 930,99 zł oraz 859,49 zł na karty pamięci SDXC.
Elżbieta Burkiewicz z Centrum w 2025 roku na prowadzenia biura poselskiego wydała 255 058,96 zł. Do biura kupiła czajnik za 119 zł oraz ekspres ciśnieniowy TE651319RW za 2 299 zł.
Bartosz Romowicz z Polski 2050 kupił słuchawki Apple AirPods Pro II za 1 061,99 zł oraz dwa mikrofony Rode. Na prowadzenie biur w 2025 roku wydał 275 687,26 zł.
Najmniej wydał poseł Konfederacji Michał Połuboczek, bo 96 031,33 zł.

Ziobro i biuro widmo za prawie 375 tys. zł
Najbardziej imponująco wygląda jednak zestawienie wydatków biura Zbigniew Ziobro. Podkarpacki poseł PiS, łącznie na prowadzenie biura w Rzeszowie wydał 374 544,40 zł.
Wśród zakupów znalazły się m.in.:
- dwa iPhone’y, w tym iPhone 17 Pro za 6 479,75 zł,
- kamera Osmo Pocket 3 za 2 599 zł,
- gimbal DJI,
- dwa translatory,
- mikrofon bezprzewodowy,
- nawigacja GPS,
- plecak podróżny Gomatic Travel.
Łącznie same zakupy sprzętu przekroczyły 20 tys. zł. Przypominamy, że poseł nie wykazał natomiast żadnego pracownika biura, choć według rozliczenia na wynagrodzenia wydał ponad 186 tys. zł.
Nie było też kosztów organizacji spotkań z mieszkańcami. Było za to ponad 45 tys. zł na przejazdy i ponad 3 tys. zł na taksówki.
„Klasyczny przykład pozorności instytucji”
Dr hab. Krzysztof Prendecki z Uniwersytetu Rzeszowskiego nie zostawia na obecnym systemie finansowania biur poselskich suchej nitki.
Jest to klasyczny przykład pozorności instytucji. Pieniądze podatnika utrwalają system, który bardziej symuluje reprezentację niż ją realizuje
mówi socjolog.
Jak dodaje, być może taniej byłoby po prostu raz w tygodniu wynająć salę w kawiarni i „tam niech się parlamentarzyści spotykają na pogawędkach z elektoratem”.
Podejrzewam, że większość wybrańców narodu, traktuje takie spotkania z osobami mającymi zbyt dużo wolnego czasu, jako zło konieczne. A jak się nie da tych biur zlikwidować, to chociaż niech siedzą karnie na dyżurach, podbijają kartę obecności i udają, że są bardzo zajęci. Oczywiście ku chwale Ojczyzny i dla dobra Polski
komentuje.
Masz jakiś ciekawy temat? Daj nam znać, np. mailem na re******@*******ow.pl. Jesteśmy też na Facebooku i Instagramie.
