Tyczyn powiedział „nie” wielkiej polityce. Partyjne szyldy przegrały z lokalnością
- To kwestia jakości kandydata - mówi o porażce PiS w Tyczynie marszałek Władysław Ortyl. Poseł KO Paweł Kowal przekonuje z kolei, że jego partia celowo postawiła na pracę „od domu do domu”. Tyle że mieszkańcy Tyczyna w pierwszej turze wybrali dwóch kandydatów bez partyjnych szyldów, a w drugiej zdecydowanie zwyciężył Adrian Michałek.

Wynik wyborów w Tyczynie trudno przeoczyć. Mieszkańcy gminy dali jasno do zrozumienia, że nie liczą się partyjne szyldy i to, kto robi tłum podczas konferencji prasowych. Zresztą ani Adrian Michałek, ani Jacek Surówka, w trakcie kampanii wyborczej nie zwołali ani jednej konferencji, a mimo tego obaj przeszli do II tury.
Daleko za nimi znaleźli się kandydaci związani z największymi ugrupowaniami politycznymi. Damian Fudali, startujący z komitetu związanego z PiS, dostał 830 głosów (23,52 proc.). Jeszcze słabiej wypadł Janusz Płodzień, kandydat wspierany przez KO i PSL - 197 głosów, czyli zaledwie 5,58 proc.

Władysałw Ortyl: To kwestia jakości kandydata
O porażkę PiS w Tyczynie zapytaliśmy Władysława Ortyla, marszałka województwa podkarpackiego, wieloletniego samorządowca, który przez lata był regionalnym liderem Prawa i Sprawiedliwości.
Jego zdaniem na wynik wpływa zarówno praca partyjnej organizacji, jak i sam kandydat.
- Zawsze, jak to zwykle bywa, jest kwestia i pracy całej formacji na rzecz kandydata, którego zgłasza, ale też jest kwestia jakości kandydata – zaskoczył szczerością marszałek Ortyl.
Marszałek zwrócił też uwagę na szersze zjawisko. Jego zdaniem wyborcy w wyborach samorządowych często szukają osób, które nie są kojarzone z partyjnymi znakami. Wskazał również na obecne nastroje polityczne i mocne podziały na poziomie ogólnokrajowym - jak to określił "totalnego negowania opozycji" jaką jest obecnie PiS.
- Ludzie poszukują też kandydatów, którzy nie mają partyjnych znaków. To jest pewna tendencja - mówił Ortyl.
Jednocześnie podkreślił, że polityka sama w sobie nie jest czymś, czego należy się w samorządzie wyrzekać. Jego zdaniem kampania wyborcza powinna być jednak prowadzona w odpowiedni sposób.

Paweł Kowal: Ani jednego zmarnowanego kroku
Inaczej porażkę swojego kandydata komentuje Paweł Kowal. Poseł KO podkreśla, że Janusz Płodzień prowadził kampanię bezpośrednią, odwiedzając mieszkańców, a w działania zaangażowani byli także parlamentarzyści.
- Chciałbym podziękować Januszowi Płodzieniowi, to jest bardzo dobry działacz, za to, że przeszedł od domu do domu całą gminę. Zaangażowaliśmy w to wszystkich naszych posłów - mówił Kowal.
Poseł przekonuje, że kampania była dla KO także okazją do lepszego poznania problemów mieszkańców Tyczyna i okolic. Uważa też, że efekty takiej pracy nie zawsze pojawiają się od razu - to tak jak z sadzeniem zboża - czasem trzeba poczekać nawet parę lat.
- Ja wspominam swoje łażenie od chałupy do chałupy, czy to w Tyczynie, czy w Kielnarowej, bardzo dobrze. Ani jednego zmarnowanego kroku - stwierdził.
Poseł przyznał jednocześnie, że mieszkańcy mogą wybierać kandydatów bez partyjnych oznaczeń. Zapowiedział też dalszą współpracę z nowym burmistrzem Adrianem Michałkiem.
- Rozumiem, że mieszkańcy czasem stawiają na kandydata, który nie ma plakietki partyjnej, ale myśmy to zrobili z rozmysłem, wiedząc dlaczego to robimy - przekonuje.
Mieszkańcy wybrali lokalnych kandydatów
Przypomnijmy - wynik wyborów jest bezlitosny dla partyjnych komitetów. W pierwszej turze Michałek i Surówka zdobyli łącznie 2502 głosy. Fudali i Płodzień - 1027. Dwaj kandydaci bez partyjnego szyldu mieli więc razem ponad dwa razy więcej głosów niż kandydaci wspierani przez PiS oraz KO i PSL.
Nie był to przypadek jednej wyjątkowo udanej i w miarę słonecznej niedzieli. Michałek od początku był zdecydowanym liderem. W pierwszej turze zdobył 1598 głosów, a w drugiej poprawił ten wynik do 2018. Surówka zwiększył swoje poparcie z 904 do 1168 głosów.
Obaj prowadzili kampanię przede wszystkim lokalnie. Bez obstawiania się parlamentarzystami, bez partyjnych działaczy stojących za plecami i bez wielkiej politycznej scenografii.
Michałek przez kampanię odpowiadał na pytania mieszkańców publikowane w internecie. Surówka mocno postawił natomiast na bezpośredni kontakt i odwiedzanie mieszkańców.
To nie znaczy, że można na tej podstawie uznać, iż wyborcy całkowicie odrzucili partie. Wynik pokazuje jednak coś innego i bardziej konkretnego: w tych wyborach partyjne poparcie nie wystarczyło nawet do wejścia do drugiej tury.
Druga tura z dużo mniejszym zainteresowaniem
Jest jeszcze jeden ważny element tych wyborów - frekwencja. W pierwszej turze zagłosowało 3548 z 8769 uprawnionych osób, a frekwencja wyniosła 40,46 proc. Dwa tygodnie później do urn poszły już tylko 3203 osoby z 8768 uprawnionych. Frekwencja spadła do 36,53 proc. To oznacza, że w drugiej turze zagłosowało o 345 osób mniej niż w pierwszej.
Można przypuszczać, że część wyborców kandydatów, którzy odpadli w pierwszej turze, nie znalazła wystarczającej motywacji, by wrócić do urn.
Szczególnie widoczny w II turze, był brak przy urnach osób, które wcześniej zagłosowały na kandydata PiS. Damian Fudali zdobył w pierwszym głosowaniu 830 głosów, ale jego wyborcy w finałowym starciu nie wzięli już udziału.
Tyczyn wybrał człowieka, nie szyld
Wybory w Tyczynie są lokalne - ich wynik nie będzie tak szeroko komentowany jak ten z Krakowa. Ale ten wynik jest ważnym sygnałem dla największych partii. Zarówno PiS, jak i KO dysponowały strukturami, parlamentarzystami i rozpoznawalnymi nazwiskami. Mimo tego ich kandydaci nie weszli nawet do drugiej tury.
Nie oznacza to oczywiście, że partie przestały mieć znaczenie w samorządzie. Pokazuje to jednak, że w małych gminach, gdzie wyborcy dobrze znają kandydatów i ich dotychczasową działalność - partyjna etykieta może okazać się znacznie mniej ważna niż osobisty kapitał i codzienna obecność wśród mieszkańców.




