Przejdź do treści
Na żywo
Lubię to
Śmiech
Złość
Płacz
Super
MAGAZYN

Sowiecki pomnik znika z Rzeszowa. Jak dekomunizowano przestrzeń na Placu Ofiar Getta

Rozpoczęła się rozbiórka pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej na Placu Ofiar Getta w Rzeszowie. Tak kończy się historia obiektu, który przez lata wywoływał w mieście polityczne i historyczne spory.

Dawid DomańskiDawid Domański · 23 września 2026
Udostępnij
Skopiowano!
Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej w Rzeszowie wkrótce zostanie wyburzony
We wtorek przy pomniku Wdzięczności Armii Czerwonej pojawiła się ekipa, która zajmie się jego rozbiórką. | Fot. Grzegorz Król

Sowiecki pomnik, który w 2026 roku wciąż stał w Rzeszowie, znika wreszcie z przestrzeni publicznej! Po długich latach impasu prawnego i administracyjnego paskudny, zaniedbany monument z wizerunkami żołnierzy Armii Czerwonej przestaje szpecić jeden z centralnych placów miasta, gdzie postawiono go dla upamiętnienia zbrodniczej ideologii, zawleczonej do nas ze wschodu przez jej militarne ramię.

Do tego aktu dekomunizacji mogłoby dojść już dużo wcześniej, gdyby nie pewna instytucja. I to taka, której na usuwaniu propagandowych pamiątek po poprzednim ustroju powinno chyba zależeć bardziej, niż jakiejkolwiek innej.

Ustawa dekomunizacyjna i decyzja miasta

Jak to się stało, że Instytut Pamięci Narodowej przyczynił się do tego, iż obiekt z ewidentnymi symbolami komunistycznymi pozostawał na swoim miejscu dobre kilka lat dłużej, niż by musiał?

Historia zaczyna się w 2016 roku, kiedy to weszła w życie tzw. ustawa dekomunizacyjna. Wprowadzała ona na terenie Polski zakaz upamiętniania totalitaryzmu, między innymi przez pomniki. Artykuł 5b tej ustawy stwierdza, że:

Właściciel albo użytkownik wieczysty nieruchomości, na której znajduje się pomnik upamiętniający osoby, organizacje, wydarzenia lub daty symbolizujące komunizm lub inny ustrój totalitarny, lub w inny sposób propagujący taki ustrój, jest obowiązany do jego usunięcia.

Toteż miasto Rzeszów, będące właścicielem gruntu z pomnikiem, ciągle noszącym miano “Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej” postanowiło, że zostanie on przeniesiony (zrobiło to uchwałą Rady Miasta z dnia 27 lutego 2018, o numerze LV/1282/2018).

Ładowanie artykułu…

I bardzo dobrze. Wyzwalanie czegokolwiek od kogokolwiek nie było w żadnym razie priorytetem sowieckiej armii, a co najwyżej skutkiem ubocznym jej działań. Na dodatek dokonywało się czasem w sposób przypominający raczej podbój przy użyciu taktyki spalonej ziemi.

Armia Czerwona i powojenna rzeczywistość

W sierpniu 1944 roku Armia Czerwona szła naprzód w ogólnym zamiarze zajęcia terenu tak wielkiego, jak to tylko było możliwe. Gdy wojska radzieckie docierały do Rzeszowa, pan Stalin był już po kilku turach ustaleń z aliantami zachodnimi odnośnie tego, kto mniej więcej ile go zajmie. Jako mało subtelny polityk, większy nacisk kładł na fakty dokonane, niż na dyplomację, bo doskonale wiedział, że trudno będzie wyprosić jego żołnierzy z miejsca, w którym wcześniej się pojawili.

Gdy pan Adolf strzelił sam do siebie w bunkrze pod kancelarią i w naszej części świata pozostał już tylko jeden totalitarny dyktator, sytuacja międzynarodowa nie uspokoiła się na trwałe i bardzo szybko eskalowała od chwili przejściowego spokoju do zimnej wojny. W początkowym jej okresie wydawało się wręcz, że ponowny gorący konflikt światowy wisi na włosku i będzie już trzecim takim w XX wieku, którego nie minęła podówczas nawet połowa.

Na polskich ziemiach trwało wtedy szeroko pojęte przechwytywanie władzy przez komunistów, które miało często bardzo brutalny charakter. To m.in. w bliskich i dalszych okolicach naszego miasta działy się wtedy straszne rzeczy, o których być może nigdy wszystkiego się nie dowiemy, gdyż przebieg części z nich jest po dziś dzień owiany mgłą tajemnicy (choć już nie państwowej). Chodzi o prześladowania politycznej opozycji oraz walki z UPA i polskim podziemiem niepodległościowym i antykomunistycznym.

Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej w Rzeszowie
To już ostatnie chwile pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej, który od 1951 roku stoi w centrum Rzeszowa. | Fot. Grzegorz Król

Pomnik na dawnym cmentarzu żydowskim

Na początku lat 50-tych, gdy zaplanowano wzniesienie, a potem ustawiono rzeszowski pomnik na terenie dawnego cmentarza żydowskiego, propaganda była wszechobecna i totalna, a zgodnie z jej najważniejszym założeniem zwycięski pochód wyzwolicielskiej armii zapewnił naszym ziemiom trwały pokój i ustawił je na drodze do dobrobytu, lecz te rzeczy chcą nam teraz odebrać imperialiści ze zgniłego zachodu.

Wśród osób obserwujących budowę pomnika mogli być obecni ludzie, którzy pamiętali, jak pięć lat wcześniej komuniści stracili tam przez powieszenie dwóch byłych żołnierzy Armii Krajowej. Dla władzy “ludowej” byli to bandyci z podziemia i imperialistyczna agentura. Nie można było głośno nazywać ich inaczej, a najlepiej było w ogóle o tym nie mówić.

Ładowanie artykułu…

Wydarzenia w makro- i mikroskali pokazują dobitnie, że armii wschodniego sąsiada Polacy nie mają za co być wdzięczni. Owszem, pogoniła od nas Niemców, ale to dlatego, że po prostu robiła swoją armijną robotę. Ku chwale obcego nam państwa, które zaledwie kilka lat wcześniej zaatakowało nas do spółki z tymi Niemcami, a później, przy okazji ich przegonienia zyskało wpływ na rządy w Polsce przez prawie pół wieku.

Propaganda formatowała codzienność, nakazując ciągłe stanie w gotowości i czuwanie na straży pokoju oraz socjalistycznych zdobyczy. W rzeczywistości pozapropagandowej spokoju nie było ani u nas, ani nigdzie w pobliżu. Obszary zawojowane niewiele wcześniej przez tę czy inną armię, zamiast stać się krainami płynącymi mlekiem i miodem, miały większą szansę zostać w krótkim czasie bazą wypadową dla nowych natarć na kierunku wschodnim czy zachodnim.

A w najgorszym możliwym scenariuszu - gotowymi celami do zbombardowania przez głowice nuklearne, po którym miliony żołnierzy w czołgach i cywili w domach zostałyby w efekcie raz na zawsze wyzwolone od wszelkich problemów ziemskiej egzystencji.

Potem jednak pan Stalin, dość niespodziewanie, rozstał się z tym światem, a jeszcze kilka lat później dotarła do nas fala odwilży, po której sytuacja zmieniła się z tymczasowej na pozornie ustabilizowaną.

Wprawdzie ryzyko wciśnięcia czerwonego guzika istniało do samego końca komunizmu (a czasem nawet się wzmagało w porównaniu do lat bezpośrednio po wojnie), ale nigdy do tego nie doszło, Polacy jakoś się w PRL-u urządzili, a odświeżana raz na jakiś czas, lecz nadal narzucona z zewnątrz władza mogła wciąż roztaczać propagandowe wizje, zaadaptowane do czasów względnego spokoju. W których to pomniki takie jak ten z placu dumnie zwącego się przez parę dekad Placem Zwycięstwa, będą mile widziane po wieczne czasy, a ich istnienie jest jak najbardziej uzasadnione. I tak było aż do końca tych “wiecznych” czasów, który nadszedł w 1989 roku.

Spór o przeniesienie pomnika

Jedyną rzeczą z okresu działań Armii Czerwonej w regionie, która może zasługiwać na pamięć i ludzką wdzięczność, jest trud pojedynczych, niezideologizowanych żołnierzy. Ci ludzie walczyli o wolność taką, jak ją sobie wyobrażali, nie mieli wpływu na politykę Kremla i sami byli ofiarami komunizmu.

Mogiły wielu z nich znajdują się na cmentarzu przy ulicy Lwowskiej i właśnie tam, po demontażu, miał trafić monument z miejsca przemianowanego w 1990 roku na Plac Ofiar Getta.

Zielone światło całej akcji dała wojewoda podkarpacka (była nią wówczas Ewa Leniart z Prawa i Sprawiedliwości) i uchwałę Rady Miasta Rzeszowa zatwierdzono pod kątem prawnym. I tutaj właśnie wkroczył IPN, który przepisy ustawy dekomunizacyjnej - a zwłaszcza ten o „usuwaniu” - interpretuje niezwykle wąsko.

Usuwanie według nich ma się równać wyłącznie fizycznemu zniszczeniu. O przenosinach totalitarnych obiektów nie ma mowy. Nie przemawiają za tym żadne względy, choćby artystyczne. Symbole, którymi najeźdźcy oznaczyli zdobyty teren, muszą zostać zwyczajnie unicestwione.

Tę historię już doskonale znamy ze sprawy największego i najsłynniejszego rzeszowskiego pomnika w kształcie mandorli, który jednakowoż nigdy nie upamiętniał żadnego totalitaryzmu, żadnej totalitarnej organizacji i nigdy nie było na nim ani jednego symbolu propagującego komunizm.

Ładowanie artykułu…

Sierp i młot oraz sowiecka gwiazda

A na obelisku z byłego cmentarza, zdaniem Instytutu, widnieją postaci Świerczewskiego i Koniewa, dwóch komunistycznych kanalii. Słyszałem i inny pogląd: o dwóch „zwykłych” oficerach, Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego.

Ale ten radziecki wojskowy, kto by nim nie był, ma na hełmie sowiecką gwiazdę. Poza tym, na cokole widoczne są sierp i młot, choć nie skrzyżowane jak na fladze ZSRR, a statuę sowieckiego żołnierza w szczytowej części wieńczy kolejna, w domyśle czerwona, gwiazda na drzewcu trzymanej przez niego flagi. To już kwestia bezdyskusyjna.

No i zrobił się pat.

Sierp i młot na pomniku Wdzięczności Armii Radzieckiej
Na cokole widoczne są sierp i młot, choć nie skrzyżowane jak na fladze ZSRR. | Fot. Dawid Domański

Rzeszowski ratusz nie chciał zmienić stanowiska i sprawa otarła się aż o Naczelny Sąd Administracyjny. Sama ambasador Rosji, późniejsza spikerka kremlowskich kłamstw Maria Zacharowa, dziękowała prezydentowi Ferencowi za coś, co nazwała "dowodem szacunku do historii".

Nie wiem dokładnie, co przyświecało śp. prezydentowi, ale mogę domniemywać, że za jego uporem stał właśnie szacunek do zwykłych, liniowych żołnierzy.

Z podobnych pobudek, przy dekomunizacji rzeszowskich ulic, dokonywano "bezbolesnych" modyfikacji nazw "1 Armii Wojska Polskiego" oraz "9 Dywizji Piechoty". Po zmianach stały się one ulicami poświęconymi żołnierzom tych związków zbrojnych, a nie samym strukturom, które pan Stalin powołał wbrew ówczesnym legalnym władzom RP.

W przypadku ulic polskich żołnierzy IPN podzielił stanowisko włodarza Rzeszowa. Gdy jednak chodziło o pomnik żołnierzy niepolskich – zdecydowanie się mu sprzeciwiał.

Wojna w Ukrainie, Społeczny Komitet i nielegalna próba usunięcia pomnika

Temat wrócił po pełnoskalowej napaści Putina na Ukrainę w 2022 roku, kiedy kolejny prezydent miasta podjął rozmowy z wojewodą Ewą Leniart i ówczesnym prezesem Instytutu, Karolem Nawrockim, na temat pozbycia się z placu coraz bardziej zniszczonej rzeźby.

Wojewoda wydała kolejną oficjalną akceptację przeniesienia części monumentu na cmentarz, ale IPN wciąż był nieprzejednany - pokryje on koszty operacji jedynie w przypadku całkowitego usunięcia z przestrzeni publicznej.

Ładowanie artykułu…

W międzyczasie pewien pan, który uważa, że ma monopol na rozumienie tej tajnej historii Rzeszowa, o której możemy się nigdy nie dowiedzieć - podobnie jak monopol na ferowanie prostych wyroków w zawiłych kwestiach - postanowił wziąć całą sprawę w swoje ręce. Konkretnie mówiąc, chciał ten pomnik po prostu rozwalić, zapewne w przypływie antyrosyjskiego wzmożenia po wydarzeniach dnia 24 lutego.

Nadając swojej samowolce pozory akcji społecznej, zawiązał oto Społeczny Komitet Zniesienia Pomnika Armii Czerwonej w Rzeszowie, po czym wystosował do Ratusza ultimatum z kilkudniowym terminem na jego usunięcie, a także ogłosił zbiórkę pieniędzy na wsparcie swych działań.

Lokalni rządzący, nawet gdyby chcieli uczynić zadość żądaniom hucpiarza, zwyczajnie nie mieliby na to ani sekundy wolnego czasu. Był to bowiem moment, w którym przez dworce i tymczasowe schroniska w mieście przewijały się kolejne fale uchodźców zza wschodniej granicy, więc wszystkie siły i środki szły na pomoc humanitarną.

Gdy minął czas określony w ultimatum, ów pan zaprosił mieszkańców na jakieś bliżej niesprecyzowane wydarzenie, mające się odbyć pod pomnikiem. Sam pojawił się tam w towarzystwie dźwigu, wysięgnika i Adama Słomki.

I wszystko by się udało, gdyby nie ta wredna policja, dla której intencje komitetu wydały się jakoś tak aż nadto czytelne. Funkcjonariusze wymogli na organizatorze odstąpienie od swoich zamiarów, które wobec istnienia porozumienia Ratusza z Wojewodą byłyby zwykłym wandalizmem, przeprowadzonym na dodatek przy instrumentalnym wykorzystaniu ofiar wojny jako zasłony dymnej.

Żadne prawo nie pozwala osobom prywatnym (ani komitetom) na usuwanie nieswoich obiektów z przestrzeni publicznej.

Wieniec pod Pomnikiem Wdzięczności Armii Czerwonej
1/3

A może wysłać go na Kreml

Potem karuzela wokół pomnika obróciła się jeszcze kilka razy, m.in. zmieniono lokalizację jego planowanego przeniesienia na cmentarz na osiedlu Zwięczyca, co zostało oprotestowane przez pana od komitetu (tak się składa, że to jego własne osiedle).

Ów niedoszły wandal pojawiał się pod monumentem regularnie, czasem nawet w towarzystwie kamer zaprzyjaźnionych z nim mediów. Przy okazji kolejnych rocznic radzieckich agresji na jakieś państwo składał u stóp rzeźby wieniec upamiętniający ofiary.

Kiedy ktoś ten wieniec kradł (albo usuwały go służby sprzątające, nie wiadomo) – ów pan za każdym razem wydawał oświadczenie, a jednego razu twierdził w nim, że mogło się tak stać z inspiracji współczesnych Rosjan.

Uważni czytelnicy moich tekstów pewnie już się domyślili, że chodzi o tego samego pana, którego stowarzyszenie przejęło na własność ten drugi, większy pomnik. Ponieważ jednak znalezienie odpowiednio wielkiego dźwigu czy skombinowanie ilości dynamitu tak dużej, aby dała radę pięciuset tonom betonu ze zbrojeniem, przewyższa obecnie jego możliwości, jako prezes stowarzyszenia zmienił taktykę. Przerzucił się na walkę w sądach i usiłuje podważyć każdą decyzję, która blokuje jego sprawczość w dążeniu do obrócenia Wielkiej Mandorli w kupę gruzu.

Lokalni narodowcy też byli przeciwni przedłużającej się obecności obelisku w miejscu dawnego kirkutu i straceń polskich patriotów i w akcie protestu opakowali go czarną folią z przypiętym adresem moskiewskiego Kremla.

Pomnik Armii Czerwonej na Kreml
Pomnik gotowy do wysyłki na Kreml. | Fot. Dawid Domański

Do tematu regularnie wracali dziennikarze, a kolejnych okazji nie przepuszczali urzędnicy z IPN-u. Gdy tylko któryś z nich komentował tekst jakiegoś żurnalisty, nie omieszkał przypomnieć zasady, że dekomunizacja równa się całkowitemu fizycznemu usunięciu.

W mediach za zniszczeniem opowiadali się też niektórzy pisowscy radni - jakby niepomni faktu, że są radnymi tej samej Rady Miasta, która wypracowała wcześniej kompromis z wojewodą z tego samego politycznego nadania.

Niejako automatycznie przypominano też prezydentowi Fijołkowi, że swego czasu składał pod pomnikiem kwiaty. Kontekst tego składania był taki, iż jako radny z ramienia SLD, obecny prezydent brał udział w obchodach święta 1 Maja, które w jednym roku wyjątkowo przeniesiono spod mandorli właśnie na Plac Ofiar Getta.

Przypominający nie dodawali jednak, że było to właśnie w tym dniu (a jeśli dodawali, to nazywali ów dzień "komunistycznym świętem"), jak również, że w 1966 roku pomnik czerwonoarmistów zyskał, przynajmniej oficjalnie, nową symbolikę. Wmurowano w niego urnę z ziemią z pobojowisk i miejsc straceń z Rzeszowszczyzny. Czasy były już inne i usiłowano mu nadać bardziej ogólną osnowę propagandową.

Czy takie zabiegi są skuteczne czy nie - to nie temat na rozważania w tym tekście (moim zdaniem nie są), jednak gest prezydenta to na pewno nie było oddawanie hołdu Armii Czerwonej. Co sugerowali i nadal sugerują jego antyfani, wklejając zdjęcie z wiązanką lub pisząc pod nim komentarze choćby przemilczające ów właściwy kontekst.

Pomnik wreszcie znika z Placu Ofiar Getta

W takim kształcie historia dotoczyła się do maja bieżącego roku, kiedy miasto poinformowało o podpisaniu opracowania dokumentacji rozbiórki. Części monumentu mają ostatecznie trafić na cmentarz przy Lwowskiej oraz do Muzeum Techniki i Militariów. Ziemia z pól bitewnych trafi zaś do mogiły ofiar terroru na cmentarzu Pobitno.

Bardzo kibicowałem takiemu lub podobnemu rozwiązaniu, gdyż tego akurat pomnika nigdy nie lubiłem, przeszkadzała mi historia zarówno jego samego, jak i miejsca, z którego wreszcie znika.

Ładowanie artykułu…

Tym niemniej, w komentarzach pod facebookowymi artykułami opisującymi kolejne odsłony jego przygód, występowałem przeciwko patrzeniu na historię zerojedynkowo, decyzjom podejmowanym pod wpływem emocji oraz innym manipulacjom przeciwników jego i komunizmu w ogóle, na co kilka osób zareagowało okrzykując mnie lewakiem, komuchem i obrońcą sowieckiego betonu.

Komentujący w sieci - od anonimowych hejterów po zwyczajnych dyskutantów, wśród których są też pracownicy IPN - lubią kreślić wyraźną korespondencję ideologiczną między tą kupą betonu a tą drugą większą, której bronię, bo to wybitne dzieło sztuki i landmark miasta lubiany przez mieszkańców. Stawiają wręcz znak równości między nimi, co jest według mnie grubo nieuzasadnione.

Jeśli ktoś rozpoznał pod tymi artykułami moje personalia i skojarzył je z obroną mandorli, a następnie postanowił mi w związku z tym pojechać, poczytuję to sobie za komplement i wyraz uznania dla mojej działalności.

Tymczasem - następuje koniec dziejów jedynego sowieckiego betonu w mieście Rzeszowie!

Prace rozbiórkowe właśnie się rozpoczęły. Zapewne na którymś ich etapie pojawi się dźwig i wysięgnik, ale wszystko odbędzie się w sposób cywilizowany, czyli według planu i zgodnie z dokumentacją przenosin.

Obejdzie się bez bezmyślnego rozwalania.

Zabraknie oznaczających teren roll-upów IPN-u oraz przedstawicieli tej instytucji, czy to z lokalnego oddziału, czy z Warszawy. Nie będzie pseudopatriotycznej pompy, głoszenia formułek w stylu: „Zwyciężyła wolna i niepodległa Polska” ani relacji z demolki na żywo na YouTube.

Przepisy ustawy dekomunizacyjnej zostają oto wypełnione, pomnik znika z przestrzeni publicznej, a Instytut Pamięci Narodowej w tym partykularnym przypadku zapisuje się na kartach lokalnej historii jako urząd, dzięki któremu Rzeszowianie i przyjezdni oglądali komunistyczne symbole dwa kroki od rynku aż do lata A.D. 2026.

A mogli przestać to robić kilka ładnych lat temu.

Sowiecki pomnik na Placu Ofiar Getta w Rzeszowie
Ostatnie chwile sowieckiego pomnika na Placu Ofiar Getta w Rzeszowie. | Fot. Grzegorz Król

"Nagroda pocieszenia" dla IPN?

Teraz trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę. Nie musicie się jednak martwić, Panie i Panowie z Instytutu – istnieje bowiem szansa na nagrodę pocieszenia! Albo nawet kilka.

Wróćmy do wspomnianych już przeze mnie miejskich ulic. Zmiana niektórych nazw, dokonywana w Polsce około dziesięciu lat temu, została na naszym podwórku przeprowadzona na tyle niedokładnie, że do dziś dnia uchowała się w Rzeszowie co najmniej jedna ulica prawdziwego komunisty.

I nie mówię tu o personie kontrowersyjnej, jak Józef Tkaczow z Boguchwały (więzień nazistowskich obozów, a po wojnie szef służby zdrowia UB na nasz region) czy jego brat Jan, który walczył z faszyzmem w Hiszpanii.

Nie mam też na myśli postaci typu Leona Kruczkowskiego, który jako pisarz i dramaturg był wybitny, ale okrył się złą sławą będąc dygnitarzem reżimu, cenzorem i ideologiem socrealizmu.

Nie.

Ładowanie artykułu…

W Rzeszowie w najlepsze istnieje sobie ulica soczystego, czerwonego, komunistycznego ideowca, któremu chyba żadnej rzeczy z życiorysu nie da się przypisać tytułem zasługi przemawiającej za tym, by tabliczki z jego nazwiskiem nadal wisiały w przestrzeni miejskiej.

Dlaczego ten człowiek wciąż jest patronem czegokolwiek w tym mieście, skoro Kruczkowski, a w Boguchwale Tkaczow, już dawno poszli w odstawkę?

Proszę to natychmiast zmienić!

Ale gdzie ta ulica dokładnie się znajduje - tego już nie powiem. Proszę ją znaleźć samodzielnie. Albo sobie pomyślę, że dekomunizację przeprowadza się w Polsce jedynie lub głównie wtedy, gdy można przy okazji zrobić trochę medialnego szumu, potrzebnego na przykład do zdobycia politycznego poparcia. Oraz blisko jakiejś ważnej narodowej rocznicy.

Dokładnie tak, jak miało to miejsce w ostatnim dniu lipca bieżącego roku w Pyrzycach w województwie zachodniopomorskim. W obecności kamer relacjonujących wszystko na żywo zdemontowano tam za pomocą koparki czterdziestoletni pomnik, również poświęcony Armii Czerwonej, ale dla odmiany pozbawiony jakichkolwiek elementów propagujących komunizm, a na dodatek opatrzony napisem: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Chociaż sam ów napis odspojono od bryły wcześniej, nie podczas głównej części imprezy. Chyba nie komponowałoby się to zbyt dobrze z całą resztą rozwałki, pompatycznymi przemówieniami i powiewającymi dumnie roll-upami.

Co z nazwami osiedli?

Resovia - graffiti KRN
Krajowa Rada Narodowa to był taki quasi-parlament, który powstał z inicjatywy pana Gomułki... | Fot. Dawid Domański

W ramach działań dekomunizacyjnych moglibyście też, drodzy Państwo z Instytutu, spróbować porozmawiać z kibicami piłkarskiej Resovii.

Ci ludzie określają się w większości jako gorący patrioci. Niektórzy chodzą w marszach niepodległości w Rzeszowie czy stolicy kraju, są obecni na uroczystościach poświęconych pomordowanym żołnierzom antykomunistycznego podziemia, a przy tym w nazewnictwie lokalnych grup kibicowskich na poszczególnych osiedlach ciągle używają mian: “KRN” albo “Gwardzistów”.

Przecież wiadomo, od czego nazwano te osiedla.

Krajowa Rada Narodowa to był taki quasi-parlament, który powstał z inicjatywy pana Gomułki i stanowił podwaliny pod przechwycenie w Polsce władzy przez komunistów po wejściu do kraju wojsk radzieckich.

Ta nielegalna, pozbawiona mandatu społecznego i podporządkowana sowietom struktura przedstawiła się światu jako organ, który powołał PKWN, czyli quasi-rząd komunistyczny, który 22 lipca 1944 roku nie ogłosił w Chełmie swojego manifestu.

W rzeczywistości tę jaczejkę stworzył, a manifest zaakceptował pan Stalin w Moskwie i tam też go ogłoszono dwa dni wcześniej, a my nad Wisłą przez kilkadziesiąt lat świętowaliśmy niebyłe wydarzenie pod losową datą, jako największą uroczystość PRL-u.

Natomiast określenie “gwardziści” pochodzi od Gwardii Ludowej, czyli bojówki Polskiej Partii Robotniczej, która stanowiła zalążek komunistycznej siły zbrojnej. Ten wyraz, mimo ogólnego brzmienia, nie broni się tak, jak miano ulicy żołnierzy 1 Armii WP, w większości zwykłych polskich chłopców, którzy walczyli z Niemcem o powrót do domu. Gwardia Ludowa to była zideologizowana formacja powołana z dekretu władz ZSRR.

Od upadku komunizmu minęło już ponad trzydzieści pięć lat, a nadal mamy w Rzeszowie ludzi - i to mieniących się patriotami! - którzy bez żenady i zastanowienia mówią, że są np. "z kaerenu". Litości!

To osiedle nazywało się tak tylko przez kilka pierwszych lat swojego istnienia. Od dawna ma prężną grupę sympatyków Resovii, która przez przywoływanie tego skrótowca po prostu oznacza się geograficznie, ale może wypada im wytłumaczyć, że ta akurat część kibicowskiej tradycji jest wstydliwa i powinna zniknąć?

Wydaje mi się, że w tym środowisku to nie jest zwykły adres na kopercie ani linia na mapie. To zaznaczenie odrębności, budowanie tożsamości grupy i wypływającego z niej poczucia dumy. W przypadku kibiców z osiedla Krakowska - Południe, ta duma jest oparta na stalinowskim fundamencie.

Trzeba im koniecznie zaproponować jakąś nową, zbiorczą nazwę! Gdy zrobi to instytucja z odpowiednim autorytetem, to posłuchają.

Sobieski, Poniatowski, Naruszewicz. Może ich też trzeba usunąć?

Jeśli naprawdę chce się wyplenić pozostałości ustroju słusznie minionego, to pracy dla chętnych jest jeszcze dużo. A potem można się również zająć innymi historycznych epokami, bo przecież właściwie ukształtowana pamięć narodowa nie kończy się na piętnowaniu zdrajców jedynie z ostatniego stulecia.

Wątpliwe postaci z czasów dawniejszych też mają w Rzeszowie swoje ulice, ot, choćby Jan III Sobieski, który osiemnaście lat przed wiedeńską wiktorią składał przysięgę na wierność królowi szwedzkiemu Karolowi Gustawowi podczas potopu. Zaś zanim został królem, chciał obalić swojego legalnie wybranego poprzednika.

Albo inny nasz monarcha, Stanisław August Poniatowski (on ma u nas całe osiedle swojego imienia), na tronie Polski zainstalowany ręcznie przez rosyjską carycę z pominięciem zdania suwerena, a w późniejszym czasie targowiczanin - czyli zdrajca ojczyzny i narodu - oraz syndyk masy upadłościowej dla I Rzeczpospolitej.

W Śródmieściu poświęconą sobie ulicę ma Adam Naruszewicz, biskup katolicki i kolejny targowiczanin.

Na koniec Dąbrowski, ale nie ten od mazurka, którego ulicy u nas nie ma, tylko Jarosław Dąbrowski, który wprawdzie najpierw przygotowywał Powstanie Styczniowe i został za to skazany na katorgę na Syberii, ale finalnie poległ we Francji, na barykadach lewicowej rewolucji(!), opiewanej potem przez marksistów(!!) i nazwanej Komuną(!!!) Paryską jako naczelny wódz jej wojsk.

Powodzenia.

Lubię to
Śmiech
Złość
Płacz
Super
Komentarze

Komentarze0

Powiązane artykuły

Niezbędne cookies działają zawsze. Za Twoją zgodą dochodzą dwie rzeczy: analityka - zapisujemy przebieg wizyty i kliknięcia, żeby poprawiać stronę - oraz marketing, czyli narzędzie reklamowe serwisu społecznościowego. Robią to dostawcy spoza EOG. Możesz zgodzić się tylko na jedno, a zgodę wycofasz w stopce. Polityka prywatności, Polityka cookies.