A konkretnie 800 ludzi i pół tysiąca koni. To był tabór Buffalo Bill’s Wild West, najsłynniejszego ówczesnego show na świecie. Właśnie dotarł do galicyjskiej dziury, w której mieszkało tylu Żydów, że mówiono na nią Mojżeszów.
Apacze w Mojżeszowie. Fragment książki "Chory (k)raj. Jak naprawdę żyje się w Ameryce"
Jest ciepły sierpniowy poranek 1906 roku. Na zaspany rzeszowski Dworzec Staroniwa wtaczają się kolejno lokomotywy dymiące niczym stado smoków. Wagony do nich - parafrazując klasyka - podoczepiali, wielkie i ciężkie, z żelaza, stali, i pełno ludzi w każdym wagonie. W jednym Indianie, a w drugim konie.

Tytułowy Buffalo Bill, czyli William F. Cody, był wtedy najsłynniejszym showmanem świata. Występował dla królowej Wiktorii w Londynie, jego delegację przyjął papież Leon XIII (Billa rozczarowało tylko, że Koloseum nie nadaje się na występ). W 1887 roku w samej Anglii jego widowisko zobaczyło 2,5 miliona widzów. To była ówczesna wersja trasy koncertowej Rolling Stonesów.
Gdy w końcu dotarł na wschodnie rubieże Europy, jej frontman, podobnie jak dziś Mick Jagger, był już w wieku emerytalnym i otarł się o śmierć o wiele razy częściej niż Keith Richards. Do miasteczka w cesarsko-królewskiej Galicji ludzie ściągali z daleka. Rzeszów na początku XX wieku liczył około 15 tysięcy mieszkańców, a sprzedano 12 tysięcy biletów w cenie od 2 do 8 koron. Przyzwoita miesięczna pensja wynosiła około 100.

Indianie i Buffalo Bill na rzeszowskich błoniach
Na scenie rozłożonej na rzeszowskich błoniach trupa pokazała swoje największe hity: popisy jeźdźców pocztowych Pony Expressu, atak na dyliżans, osadnika broniącego swojej chaty przed Indianami i ich taniec wojenny, samego Buffalo Billa strzelającego z galopującego konia, a w finale - inscenizację bitwy na Little Bighorn z popisową sceną heroicznej śmierci generała Custera. Na sam koniec Buffalo Bill w stroju kowboja ratował osadnika z rąk dzikich mieszkańców Ameryki.
Dziennikarz „Głosu Rzeszowskiego”, który nie mógł pójść na widowisko z powodu choroby, opisywał, że dochodzące do jego domu z odległości dwóch kilometrów wycie Apaczów, Komanczów i Siuksów przyprawiło go o ból głowy. Dziękował Bogu, że go tam nie ma.
Buffalo Bill nie tylko żył na Pograniczu, ale uczynił z tych terenów towar eksportowy. Hollywoodzkie westerny, Winnetou z powieści Karola Maya, kowboje zdobiący polskie piórniki w latach 80. - wszystko to wywodzi się w jakimś stopniu z tego jednego widowiska.
Niespełna dziewięć miesięcy po występie Buffalo Billa w Rzeszowie, 29 kwietnia 1907 roku, żona rzeszowskiego lekarza Oskara Zinnemanna urodziła syna. Nazwali go Alfred. Chłopak wyrośnie na jednego z najsłynniejszych reżyserów Hollywood i nakręci "W samo południe", jeden z najważniejszych westernów w historii. Ale do tego jeszcze wrócimy.
Buffalo Bill zmarł w 1917 roku, po dekadach pracy w objazdowych przedstawieniach i nieudanych próbach wejścia w rodzący się biznes filmowy. Był bez grosza, ale postać, którą stworzył, obrosła legendą.
Zanim urodził się mit

Żeby zrozumieć, skąd wziął się Buffalo Bill i dlaczego akurat on stał się twarzą Ameryki, trzeba cofnąć się o pół wieku.
USA powstały jako związek stanów zbuntowanych przeciwko Wielkiej Brytanii nakładającej na nie podatki. Jak w większości szybkich małżeństw, strony nie dogadały się w kilku sprawach, w tym takich drobiazgach jak niewolnictwo. Niecałe 80 lat po pokonaniu Brytyjczyków zwycięzcy walczyli już między sobą na śmierć i życie.
Wojna secesyjna (Amerykanie nazywają ją wojną domową) skończyła się przegraną Południa. 14 kwietnia 1865 roku, zaledwie pięć dni po kapitulacji wojsk Konfederacji, prezydent Abraham Lincoln został zamordowany w Teatrze Forda w Waszyngtonie. Zastrzelił go szekspirowski aktor John Wilkes Booth, zwolennik niewolnictwa i zawistny młodszy brat Edwina Bootha, najlepszego Hamleta epoki.
Tamtej nocy John został tym sławniejszym. Pociągnął za spust małego pistoletu Philadelphia Deringer kalibru .44 i kula wylądowała w tyle głowy. Abraham Lincoln - „Abe” - do dziś jest uznawany za jednego z najwybitniejszych amerykańskich prezydentów.
Historycy nazywają ten konflikt pierwszą wojną przemysłową, bo po raz pierwszy o losie żołnierza w równym stopniu decydowała odwaga, co karabin gwintowany, kolej, telegraf i fabryka. Wojna trwała cztery lata. Wynik: ponad pół miliona zabitych, w sumie - jeśli doliczyć rannych - około 1,5 miliona ofiar.
W Luizjanie zginął co piąty młody biały mężczyzna, w innych stanach Konfederacji - niewiele mniej. Pokonane białe Południe kurczyło się, traciło niewolników, oszczędności i udział w światowym rynku bawełny. Przemysłowa Północ - wręcz przeciwnie. Miasta rosły jak na drożdżach, a transatlantyki nie nadążały z dowożeniem imigrantów. Co drugi mieszkaniec Nowego Jorku urodził się za oceanem. Część tego ludzkiego przybytku przelewała się dalej na Zachód, gdzie ziemia była tania.
W kraju było po wojnie za dużo broni i zbyt wielu młodych mężczyzn, którzy potrafili się nią posługiwać. Brakowało mu natomiast tożsamości. To nie jest dobra kombinacja. Stany Zjednoczone na długie lata pogrążą się w fali powojennej przemocy.
Od zwiadowcy do legendy Dzikiego Zachodu
Mniej więcej w tym samym czasie na arenę wchodzi Buffalo Bill. Jego historia to życiorys Ameryki tamtej epoki.
Po śmierci ojca, abolicjonisty zadźganego w Kansas przez stronnika niewolnictwa, jedenastoletni William Cody musiał sam zarabiać na chleb. Pracował jako goniec w taborze, kopacz złota w Pikes Peak i jeździec pocztowy Pony Expressu. Od początku wojny próbował zaciągnąć się do armii Unii, ale rekruterzy go odprawiali, bo był za młody. Ale że armia dawała pensję, żywiła i ubierała, młody Bill nie odpuszczał i kiedy miał 17 lat, został wcielony do 7. Pułku Kawalerii Kansas. Walczył przeciwko armii Nathana Bedforda Forresta, jednego z najsłynniejszych dowódców Konfederacji, który po wojnie stanął na czele Ku Klux Klan.
Cody został cywilnym zwiadowcą armii, a potem myśliwym, który dostarczał jedzenie robotnikom kładącym tory firmy Kansas Pacific Railroad. W kilkanaście miesięcy zabił ponad cztery tysiące bizonów i dostał ksywkę „Buffalo Bill” (buffalo to potoczne określenie tego potężnego zwierza).
W kolejnych latach jako zwiadowca 5. Pułku Kawalerii brał udział w licznych starciach z Indianami. W lipcu 1876 roku, trzy tygodnie po klęsce generała Custera, zabił czejeńskiego wojownika Żółtą Rękę i ogłosił, że to „pierwszy skalp za Custera”. Na Zachodzie było dużo ziemi, ale wciąż za mało, żeby dzielić się nią z ludźmi innych ras i bizonami.
W 1890 roku amerykański urząd spisowy odnotował w raporcie, że linii Pogranicza nie da się już wykreślić na mapie. Trzy lata później młody historyk Frederick Jackson Turner na tej podstawie postawił tezę: razem ze zniknięciem Pogranicza skończył się pierwszy rozdział w dziejach Stanów Zjednoczonych. Została już tylko Ameryka. Buffalo Bill zacznie sprzedawać bilety na inscenizacje walk, w których sam brał udział, włącznie z zabiciem Żółtej Ręki. Odtworzy tę scenę w pełnym kostiumie na arenie cyrku. Pogranicze, które pomagał likwidować, zrobi karierę w biletowanych widowiskach.
"Apacze w Mojżeszowie" to fragment książki Alka Koraba "Chory (k)raj. Jak naprawdę żyje się w Ameryce", która ukazała się w 2026 r. nakładem Wydawnictwa Znak. Do kupienia TUTAJ.
Dodatkowe śródtytuły pochodzą od redakcji.
Udostępnij ten artykuł




