Chory (k)raj. Alek Korab: Amerykański sen coraz częściej oznacza po prostu życie bez długów
Ameryka z filmów i seriali wygląda zupełnie inaczej niż codzienne życie milionów jej mieszkańców - opowiada Alek Korab, pochodzący z Rzeszowa dziennikarz, który od dwunastu lat mieszka w Nowym Jorku. Właśnie ukazała się jego książka „Chory (k)raj. Jak naprawdę żyje się w Ameryce”, w której rozprawia się ze sporą ilością mitów na temat Stanów Zjednoczonych.

- Z Rzeszowa wyjechałeś do Warszawy zakładać bezpłatną gazetę "Metro". Później mieszkałeś m.in. w Londynie, Moskwie, Madrycie i Pradze. W końcu osiadłeś w Nowym Jorku, gdzie żyjesz już od ponad dekady. Wyprowadzać ze Stanów się nie chcesz, choć piszesz, że to chory kraj. Kiedy zorientowałeś się, że coś w tym idealnym obrazie nie gra?
Alek Korab: - Książkę napisałem z myślą o Polakach, którzy wiedzę o USA czerpią głównie z filmów i newsów. Sam uwielbiam Amerykę. Od momentu, kiedy pojechałem tam pierwszy raz jako turysta po prostu się zakochałem. Nawet jak miałem dobrą pracę w Londynie, gdzie mieszkałem przez siedem lat, ciągle próbowałem wrócić do tej Ameryki.
Dlatego, kiedy dostałem kontrakt i zostałem redaktorem naczelnym "Metra" w Nowym Jorku, wydawało mi się, że to szczyt sukcesu zawodowego. Dalej będzie tylko "a później żyli długo i szczęśliwie", typowy hollywoodzki happy end.
Pierwszym zaskoczeniem była jednak kultura pracy. Całe życie ciężko pracowałem, ale w USA zszokowało mnie, że pracują tak absolutnie wszyscy.
Istnieje zabawny mit, że Amerykanie są leniwi, tymczasem pracują jak woły. Po dziesięć, dwanaście godzin dziennie, przez sześć dni w tygodniu. Wielu z nich po wielogodzinnej zmianie wsiada w Ubera albo rozwozi pizzę, by w ogóle spiąć jakoś domowy budżet.
- Ale mówisz chyba o tych najmniej zarabiających, którzy ledwo wiążą koniec z końcem?
- Nie, skąd, to problem powszechny.
Znam przypadek kontrolerów lotów, którzy po dziewięciu godzinach pracy w wieży kontrolnej rozwozili pizzę. Bo gdy w wyniku sporu politycznego w Kongresie dochodzi do shutdownu (zamrożenia finansowania rządu), administracja państwowa nie wypłaca pensji przez kilka miesięcy. Zmuszeni są pracować bez wypłaty, a rachunki za życie, leki czy żłobki trzeba płacić na bieżąco. Więc wcale nie są to tylko ci najbiedniejsi Amerykanie.

Służba zdrowia w Ameryce. Tu jeden rachunek dzieli cię od bankructwa
- Kiedy po raz pierwszy doświadczyłeś ciemnej strony tego systemu na własnej skórze?
- Przełomem była zwykła wizyta u lekarza ze skręconą kostką. Miałem standardowe ubezpieczenie z redakcji, ale w klinice ortopedycznej usłyszałem, że moja polisa tam nie obowiązuje.
Pomyślałem, że jestem redaktorem naczelnym, stać mnie, zapłacę z własnej kieszeni. Kobieta w rejestracji popatrzyła na mnie, jakbym był niespełna rozumu, pochyliła się i scenicznym szeptem powiedziała: „To będzie pięć tysięcy dolarów”. Czyli przeciętna miesięczna pensja Amerykanina.
Ostatecznie pokuśtykałem do domu i po długich poszukiwaniach znalazłem placówkę, która przyjmowała moje ubezpieczenie. Pojechałem tam na drugi dzień i za tą samą czynność zapłaciłem pięćdziesiąt dolarów.
- A my w Polsce tak narzekamy na publiczną służbę zdrowia. Z perspektywy USA to chyba nie wygląda aż tak źle. W książce pojawia się zdanie, że od bankructwa dzieli cię w Stanach jeden rachunek medyczny.
- Dokładnie, Polacy, w ogóle Europejczycy, mają luksus, z którego często nie zdają sobie sprawy. A w USA rachunek ze szpitala może cię pogrążyć.
Główne powody są dwa - firmy ubezpieczeniowe dzięki potężnemu lobbingowi w Waszyngtonie co roku ograniczają prawa pacjentów, a szpitale i małe kliniki są masowo przejmowane przez fundusze inwestycyjne.
Taki fundusz kupuje szpital, wyciska go jak cytrynę - każe na przykład lekarzom przyjmować po dziesięciu pacjentów na godzinę - a po dwóch latach sprzedaje ten szpital z zyskiem. Jakość opieki zupełnie ich nie interesuje, to nie ich biznes.
Mamy zatem kraj z najlepszymi szpitalami i wybitnymi lekarzami, który jednocześnie posiada najbardziej opresyjną i najdroższą służbę zdrowia dla obywatela.
Rozmawiałem z profesorem uniwersyteckim, który wykłada studentom wiedzę o systemie ochrony zdrowia. Zanim zadałem mu pytanie, powiedział mi: „Najpierw opowiem ci, jak sam dostałem rachunek na trzysta tysięcy dolarów”.
Czołowy ekspert w kraju o mało nie zbankrutował przez rachunek szpitalny. Bankructwa medyczne to najczęstszy powód prywatnych upadłości w USA. I co kluczowe, większość tych ludzi posiada ubezpieczenie zdrowotne.
- Jak to możliwe, skoro płaci się wysokie składki?
- Gdy pisałem książkę, moje prywatne ubezpieczenie kosztowało tysiąc sto dolarów miesięcznie. Obecnie to już tysiąc siedemset dolarów. Jednak sama opłata składki niczego nie gwarantuje. W umowie masz tzw. wkład własny - np. siedem albo dziesięć tysięcy dolarów. Dopiero gdy w danym roku wydasz tę kwotę z własnej kieszeni, ubezpieczyciel zaczyna pokrywać koszty, i to zazwyczaj tylko w osiemdziesięciu procentach.
I tak jak ten profesor, jeśli trafisz do szpitala, dostaniesz narkozę, zabiorą cię tam karetką, nie daj Boże helikopterem, to za to wszystko dostajesz rachunek. Karetka kosztować będzie pięć tysięcy dolarów, mimo że to jest może dwie minuty jazdy, anestezjolog kilkadziesiąt kolejnych, a operacja - stówę.
Łatwo więc otrzymać rachunek na sto czy dwieście tysięcy dolarów. A twoje dwadzieścia procent udziału to w takim przypadku nadal dwadzieścia - czterdzieści tysięcy. Tymczasem przeciętny Amerykanin ma około ośmiu tysięcy dolarów oszczędności. Więc taki rachunek niszczy życie całej rodziny i nierzadko staje się prostą drogą do bezdomności.

Brak praw pracowniczych i kult pracy
- Co poza ochroną zdrowia najbardziej Cię zszokowało w amerykańskiej codzienności?
- Urlopy pracownicze. W prawie federalnym USA zapisane jest dokładnie… zero dni płatnego urlopu.
Większość firm z własnej woli przyznaje standardowo dziesięć dni w roku, ale spora część Amerykanów nie bierze nawet tych dziesięciu dni wolnego. Boją się, żeby ich w tym czasie ktoś nie zastąpił, żeby szef nie doszedł do wniosku, że może nie są potrzebni.
Ale to i tak jest jeszcze mały pikuś. To co mnie naprawdę zszokowało, to brak płatnych urlopów macierzyńskich. Podam taki przykład. W mojej redakcji szefową dużego działu była pewna siebie, twarda kobieta, zawsze domagająca się swoich praw. Kadry jej nienawidziły, wchodziła tam i zawsze dostawała to, co jej się należy.
Dziewczyna była w ciąży, poszła na urlop macierzyński i pojawiła się w pracy dwa tygodnie po porodzie. Gdy zapytałem, co ona tu robi, odpowiedziała wprost: „Nie mogę sobie pozwolić na niepracowanie w Nowym Jorku. Mamy raty kredytu, płacimy z mężem za opiekę zdrowotną, opłacamy leczenie rodziców, potrzebuję tej pensji."
W książce podaję więcej takich przykładów, od których aż się serce kraje. Sytuacja niektórych kobiet jest jeszcze tragiczniejsza. To są często samotne matki, niektóre wracają do pracy w fabryce tydzień po urodzeniu dziecka.
Piszę o kobiecie, która wstaje skoro świt, dojeżdża do pracy półtorej godziny, w przerwie na lunch odciąga pokarm płacząc w samochodzie, tak żeby nikt nie widział. Gdy wraca do domu, dziecko już śpi, śpi też jak ona się budzi, nie widzi jej więc praktycznie przez sześć dni w tygodniu. W wieku dwóch latach nie mówi do niej mama, bo tak rzadko są ze sobą.
Zmierzch „amerykańskiego snu”
- Co w takim razie z tradycyjnym amerykańskim mitem „od zera do milionera”? Na zarobek do Stanów Zjednoczonych już raczej nie jeździmy, ale sporo ludzi cały czas uważa USA za kraj, w którym wystarczy tylko chcieć, żeby sięgnąć po miliony.
- Dziś przede wszystkim, jeśli chodzi o poziom życia, reszta świata bardzo mocno doskoczyła do Ameryki. Europa, a Polska w ostatnich dwudziestu, trzydziestu latach, szczególnie.
Cały czas jednak można tutaj dobrze pracować, dobrze żyć, można wziąć pożyczkę w banku na rozkręcenie biznesu i wciąż jest szansa na zarobienie szybko dużych pieniędzy.
Sam w jakimś momencie założyłem ze wspólnikiem firmę. W pół godziny mieliśmy konto w banku, błyskawicznie załatwiliśmy wszystkie formalności, a kilka tygodni później odeszliśmy z pracy, bo już dostawaliśmy pierwsze czeki od naszych klientów.
- Czyli amerykański sen cały czas działa?
- No, nie do końca. Pojęcie American Dream weszło do użycia w latach trzydziestych XX wieku jako obietnica, że każde kolejne pokolenie będzie żyło lepiej i będzie bardziej bogate niż ich rodzice.
Złota dekada Ameryki zaczęła się po II wojnie światowej. Dzieci urodzone w latach czterdziestych, czyli pokolenie baby boomers, miały aż dziewięćdziesiąt dwa procent szans na osiągnięcie wyższego poziomu życia niż ich rodzice. Ktoś, kto pracował wtedy w fabryce, był w stanie z jednej pensji kupić dom, dwa samochody i utrzymać niepracującą żonę.
Jednak od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, zwłaszcza za prezydentury Ronalda Reagana, który doszedł wtedy do władzy - zresztą pod hasłem Make America Great Again, które ktoś sobie później od niego pożyczył - zaczął się proces demontażu osłon socjalnych, związków zawodowych i deregulacji rynków finansowych. Więcej wolności dostały wielkie firmy i wielki biznes, a urodzeni wtedy Amerykanie mieli już tylko pięćdziesiąt procent szans na lepsze życie. Połowa żyła tak samo, albo nawet gorzej niż ich rodzice.
Dla dzisiejszych młodych ludzi, dla pokolenia naszej córki Stefci, młodych zetek i części millenialsów, ta obietnica praktycznie wygasła. Dzisiejszym „amerykańskim snem” dla dwudziestolatka jest po prostu życie bez długów.
Młodzi ludzie kończą czteroletnie studia z długiem rzędu trzystu, czterystu tysięcy dolarów. Mając dwadzieścia kilka lat, startują w dorosłość z gigantycznym balastem, który muszą spłacać przez całe życie. Znam mnóstwo Amerykanów, którzy wciąż, w wieku pięćdziesięciu lat, spłacają kredyt studencki. Oni tylko marzą o tym, żeby po prostu nie zbankrutować.
Pisząc książkę rozmawiałem z wieloma młodymi ludźmi. Nagle kończą fajne studia, ale nie mają po nich sensownej pracy. Pracują więc jako kelnerzy, jako bariści, albo gdzieś w magazynach Amazona, żeby spłacać ten kredyt i jakoś przetrwać do pierwszego dnia miesiąca.
Efekt jest taki, że w 2025 roku po raz pierwszy od dwustu pięćdziesięciu lat z Ameryki więcej ludzi wyjechało, niż do nich przybyło. To jest potężny szok systemowy. Coraz częściej, żeby ten amerykański sen osiągnąć, trzeba ze Stanów po prostu wyjechać.

Wolność? Już nawet do Amerykanów dociera, że to tylko mit
- To w takim razie obalmy kolejny mit. Większość Polaków postrzega USA jako bastion absolutnej wolności osobistej. Trudno chyba jednak mówić o wolności, gdy w wieku dwudziestu kilku lat masz kilkaset tysięcy dolarów długu, pracujesz po dwanaście godzin na dobę i boisz się złamać nogę, żeby nie stracić wszystkiego.
- To jest jakiś taki faktycznie mit, który Amerykanie sami sobie powtarzają. Dużo pisze w książce o Dzikim Zachodzie, bo ta wolność, to jest taki właśnie mit pionierów, którzy wszystko musieli sobie sami wypracować. Ale tak jak wspomniałeś, nie można być wolnym, kiedy się nie ma gdzie mieszkać, kiedy nie stać cię na szpital, czy na dziecko, prawda?
- Chyba, że tak jak bohaterowie głośnej książki "Nomanland", żyjesz w drodze, jak współczesny nomada.
- Tak to o osobie bezdomnej też można powiedzieć, że jest wolna. Chyba jednak o tą wolność ciężko, jeśli cały czas jesteś od czegoś uzależnionym.
Zresztą, tych amerykańskich haseł o wolności to używają przede wszystkim republikanie. Musimy być wolni, żeby móc nosić przy sobie broń. Musimy być wolni, żeby nie zakładać masek. Musimy być wolni, żeby nie wstrzykiwać sobie szczepionek.
I dzięki temu mamy epidemię odry, która była wyeliminowana. Bo nagle się okazuje, że szefem amerykańskiej służby zdrowia jest antyszczepionkowiec. To tak jakby szefem NASA został płaskoziemiec. To jest śmieszne, ale niestety prawdziwe.
Amerykanie coraz częściej mówią, że tak naprawdę oni nie są wolni. Niedawno w jakimś sondażu pięćdziesiąt procent Amerykanów stwierdziło, że dotarło do nich wreszcie, że ciężką pracą nie dojdą do tego amerykańskiego snu. Że nigdy nie będą niezależni.
Dla nich to jest własny dom, własne mieszkanie, ten samochód i właśnie dziesięć dni wakacji, które im wystarczy do szczęścia. Oczywiście, jak to już mają, chcą mieć lepszy samochód i lepszy dom, bo jest trochę chciwości w tym amerykańskim śnie i w tym takim powtarzaniu, że sky is the limit.
Przytoczę jeszcze niedawne badania Harris Poll for The Guardian. Pokazały one, że dziewięćdziesiąt pięć procent Amerykanów uważa, iż nie stać ich na komfortowe życie w swoim kraju.

Dziki Zachód w Rzeszowie, kowboj w Białym Domu
- Wspomniałeś wcześniej o Dzikim Zachodzie. W książce ten wątek pojawia się niespodziewanie w Rzeszowie.
- Tak, Rzeszów ma zaskakująco głębokie powiązania z amerykańską popkulturą! Po pierwsze, na początku XX wieku do Rzeszowa przyjechał ze swoim gigantycznym widowiskiem sam Buffalo Bill i jego cyrkowe Wild West Show. To było wydarzenie na skalę dzisiejszego tournée The Rolling Stones. Koleją na stację Staroniwa przybyły setki kowbojów i Indian. I odgrywali tu sceny z bitwy pod Little Bighorn. Cały region zjechał się, by oglądać to widowisko.
Inny przykład - jeden z najsłynniejszych westernów w historii kina, czyli "W samo południe" wyreżyserował Fred Zinnemann, który urodził się właśnie w Rzeszowie. To film bardzo ważny nie tylko kinematograficznie, ale i kulturowo, bo był to jeden z najbardziej antywesternowych westernów, jakie powstały.
Jeśli chodzi o Dziki Zachód, to dużo pisze też o Henryku Sienkiewiczu, który po podróży do Ameryki tak się zachwycił tym mitem, że po powrocie do Polski nagle napisał książkę o dzikusach, którzy atakują tych biednych białych. Ta cała nasza polska trylogia, która jest częścią naszego DNA, jest przecież tak naprawdę mitem kowbojów przeniesionym na wschód. Pan Wołodyjowski to jest taki rewolwerowiec jeżdżący na koniu za Indianami, a Kmicic to Billy the Kid - bandyta, który przechodzi na dobrą stronę.
Paradoksem jest w tym wszystkim to, że prawdziwa epoka kowbojów trwała zaledwie około dwudziestu, trzydziestu lat i zakończyła się wraz z wynalezieniem drutu kolczastego. Kolejna ciekawa rzecz - większość z tych kowbojów to były osoby czarnoskóre i Latynosi, a nie ci piękni blondyni, którzy występują w Hollywood.
- Mit kowboja to chyba jednak nie tylko popkultura. Patrząc na to co dzieje się ostatnio na świecie, mam wrażenie, że przeniósł się on także do amerykańskiej polityki.
- Wspomniany już Ronald Reagan zaczynał jako aktor w słabych westernach i Amerykanie zapamiętali go właśnie w kapeluszu kowbojskim. Startując w wyborach szukał poparcia pod hasłem Make America Great Again.
A że Amerykanie uwielbiają prosty archetyp twardego kowboja, który przyjdzie, wystrzela złych ludzi i rozwiąże wszystkie problemy, to na nich działało.
Kilkadziesiąt lat później ten sam mechanizm wykorzystał Donald Trump. Co prawda nie grał kowboja i był słabym biznesmenem, który miał na koncie dwanaście bankructw, ale przez lata grał w telewizyjnym show kogoś, kto zwalniał ludzi. Twardo mówił You're fired, z tego go wszyscy pamiętają.
Gdy klasa średnia zaczęła odczuwać, że amerykański sen wygasa, Trump dał im proste odpowiedzi i wskazał palcem wrogów: „To nie twoja wina, to nie jest wina twojej żony, to wina imigrantów, to wina bezrobotnych, którzy siedzą na socjalu i nic nie robią, żyją z twoich pieniędzy”. I Amerykanie wyobrazili sobie, że on jest takim kowbojem i naprawi wszystkie problemy Ameryki. Po raz kolejny uwierzyli w popkulturowy mit lidera z telewizji.
Jakie są efekty? No ja myślę, że to widać.
Mieszkam na Brooklynie, mam widok na Manhattan. Cały czas kocham tę Amerykę
- "Chory (k)raj" pokazuje Amerykę w bardzo krytycznym świetle, to co opowiadasz, też raczej nie brzmi zbyt optymistycznie. Mimo to od kilkunastu lat mieszkasz w Nowym Jorku. Dlaczego się po prostu nie wyprowadzisz?

- To pytanie słyszę bardzo często. Przede wszystkim książka powstała z mojej wielkiej miłości do Ameryki - miłości krytycznej, ale szczerej.
I chciałbym, żeby - może na przekór tej miłości - czytelnicy, którzy ją przeczytają, przede wszystkim docenili to, co mamy w Europie i to, jaki postęp Polska poczyniła przez ostatnie dwie, trzy dekady. Przyjeżdżając tu raz na jakiś czas doskonale dostrzegam różnice. Widzę jaki to jest dzisiaj fantastyczny kraj.
Po jaką cholerę więc jeszcze siedzę w tych Stanach?
Po pierwsze, pamiętajmy, że miałem bardzo ułatwiony start. Przyjechałem tam z gotowym kontraktem na doskonałą pracę. Jestem w dodatku białym mężczyzną, a białym facetom jest w Ameryce dużo łatwiej z różnych powodów. Nie musiałam więc przechodzić takiej klasycznej drogi imigranta, zaczynać od tych podstawowych prac i mieszkać gdzieś po piwnicach. Było mi nawet dużo łatwiej, niż większości Amerykanów.
Po drugie, jak tam przyjechałem, to już w tej Ameryce byłem zakochany i wiedziałem, że chcę tam mieszkać. Dziś mam amerykański paszport i wciąż uwielbiam ten kraj za wiele rzeczy.
Za to, że wszyscy się tam uśmiechają, są uprzejmi dla siebie nawet jak mają zły dzień. A w Polsce pytasz, co słychać. I co słyszysz? "No kurde, no wiesz, kolonoskopię miałem wczoraj".
Bardzo lubię w Stanach też ten duch przedsiębiorczości. To, że zbankrutujesz, coś się nie uda, ale zaczynasz od nowa. Moje życie też było takie. Przyjechałem, miałem fajną pracę w gazecie. Nagle w ciągu pięciu minut ludzie przestali czytać papier, bo się pojawił telefon komórkowy z dostępem do internetu, więc gazety się stały nagle niepotrzebne. Odszedłem, byłem przez kilka miesięcy bez pracy i miałem ataki paniki, bo oszczędności w Nowym Jorku szybko się kończą.
Ale znalazłem kolejną pracę, potem jeszcze jedną. W trzydzieści minut otworzyłem firmę, potem drugą. Uwielbiam ten dynamizm i tę przedsiębiorczość Amerykanów i bardzo dobrze się tam czuję z tym wszystkim.
Poza tym mieszkam na Brooklynie, mam widok na Manhattan, z psem chodzę na spacery nad East River, gwiazdy Hollywood codziennie grają na żywo na Broadwayu, w Nowym Jorku jest na wyciągnięcie ręki dwadzieścia pięć tysięcy restauracji z kuchnią całego świata, a po dwóch godzinach jazdy samochodem jestem w górach większych niż Bieszczady.
No i jeszcze to, że w tym Nowym Jorku dziesięć milionów ludzi może żyć wokół siebie tak ciasno i się nie pozabijać, tylko do siebie uśmiechać. To przecież jest fantastyczna historia.




