Śmigłowiec zerwał linię energetyczną Siarkopolu, pilot pożyczył śrubokręt i odleciał. PAŻP nie widziała lotu
Śmigłowiec zerwał linię energetyczną Zakładów Chemicznych Siarkopol. Pilot wylądował, przeskoczył przez bramę, pożyczył śrubokręt z tartaku, coś dokręcił i poleciał dalej. Sprawdziliśmy, jak maszyna z włoskimi znakami mogła przelecieć bez śladu w systemach Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.
Łukasz Pelc · 4 września 2026
Niecodzienna sytuacja miała miejsce w poniedziałek, 31 sierpnia, przed godz. 15:00. Policja początkowo mówiła, że śmigłowiec zerwał linię przy ul. Chemicznej w Tarnobrzegu. Tę samą lokalizację podały później media w całej Polsce.
Z naszych ustaleń wynika, że do zdarzenia doszło przy ul. Zacisznej w Chmielowie w okolicy prywatnej farmy fotowoltaicznej. Zakłady Chemiczne, które produkują m.in. nawozy rolnicze, mieszczą się tuż obok. Zerwana linia należała do spółki.
- Na szczęście w chwili zdarzenia linia energetyczna, która została uszkodzona, nie była pod napięciem. Po zdarzeniu od razu podjęliśmy działania. Powiadomione zostały odpowiednie służby, w tym policja - mówi nam Jakub Gadzalski z Zakładów Chemicznych Grupy Siarkopol Tarnobrzeg.
Spółka sprawdza, czy poniosła straty. Na razie nie potrafi określić ich wartość.
Pilot miał dużo szczęścia, ciężko sobie nawet wyobrazić, co by się stało, gdyby linia była pod prądem. Sytuacja była poważna, ale w tej historii jest też nuta czarnego humoru.
Pożyczył śrubokręt, dokręcił coś w śmigłowcu i odleciał
Świadkowie, do których dotarliśmy, mówią, że po zerwaniu linii energetycznej pilot wylądował na prowizorycznym, betonowym lądowisku na farmie fotowoltaicznej. Wysiadł i obejrzał śmigłowiec.
Na policję nie czekał. Pomocy poszukał po swojemu. Najpierw przeskoczył przez bramę. Potem poszedł do pobliskiego tartaku i pożyczył śrubokręt. Wrócił do śmigłowca i coś przy nim dokręcił. Co dokładnie? Tego na razie nie wiemy.
Po chwili uruchomił maszynę i odleciał, jak gdyby nic się nie stało. Gdy policja dotarła na miejsce, po śmigłowcu nie było już śladu.
Przy ul. Zacisznej pojawiały się kolejne radiowozy.
- Takiej ilości policji w jednym miejscu, chyba jeszcze nie widziałem. Zerwana linia, za płotem Siarkopol, a pilot odlatuje przed przyjazdem służb. Ludzie od razu zastanawiali się czy był to zwykły sabotaż, czy pilot próbował zaszkodzić pobliskiej firmie - słyszymy od mężczyzny, który pojawił się na miejscu.
Nie ma żadnych dowodów na sabotaż. Policja nie podała, że bada sprawę pod tym kątem.
Pilot zgłosił się po dwóch dniach
Przez ponad dobę od zdarzenia policji nie udało znaleźć się pilota. Nie wiadomo, ile jeszcze by to trwało, gdyby człowiek, który siedział za sterami, sam nie zgłosił się 2 września do komisariatu w Tarnowie. To 56-letni Polak.
W czwartek, 2 września, został przesłuchany. Funkcjonariusze zapowiedzieli, że na tym etapie nie ujawnią jego wersji zdarzenia. Wciąż nie wiadomo, dlaczego śmigłowiec leciał tak nisko, co robił w Chmielowie i dlaczego pilot odleciał po zerwaniu linii.
Zapytaliśmy Urząd Lotnictwa Cywilnego, czy po takim zdarzeniu miał obowiązek zawiadomić służby oraz czy mógł ponownie wystartować przed sprawdzeniem maszyny. Czekamy na odpowiedź.
Sprawę wyjaśniają policjanci pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Tarnobrzegu. Badają ją pod kątem nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu powietrznym oraz naruszenia przepisów prawa lotniczego.
- Dopiero po zebraniu materiału będzie można przyjąć dokładną kwalifikację, a co za tym idzie określić konsekwencje prawne - mówi nam mł. asp. Agnieszka Wilk z Komendy Miejskiej Policji w Tarnobrzegu.
Gdyby śledczy ostatecznie zastosowali przepis kodeksu karnego o nieumyślnym sprowadzeniu katastrofy w ruchu powietrznym, pilotowi groziłoby od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.
Tego lotu nie było w systemach PAŻP
Skontaktowaliśmy się z Polską Agencją Żeglugi Powietrznej. Zapytaliśmy, czy jej systemy widziały śmigłowiec.
- Polska Agencja Żeglugi Powietrznej nie posiada żadnych informacji o locie statku powietrznego o znakach I-A132. Pilot nie złożył planu lotu, nie nawiązał łączności z żadnym ośrodkiem FIS, jak również systemy PAŻP nie odnotowały tego lotu - odpowiedział nam Marcin Hadaj, rzecznik prasowy agencji.
FIS to służba informacji powietrznej. Pilot może otrzymać od niej informacje o pogodzie, innych maszynach i zagrożeniach na trasie. W przestrzeni klasy G kontakt z tą służbą nie zawsze jest obowiązkowy.
Co to oznacza w praktyce?
- W przestrzeni klasy G loty małych cywilnych statków powietrznych mogą odbywać się w dużej mierze swobodnie. Jeśli pilot nie wlatuje w strefy kontrolowane lotnisk ani inne strefy zastrzeżone, nie ma obowiązku składania planu lotu ani utrzymywania dwukierunkowej łączności radiowej ze służbami ruchu lotniczego - tłumaczy nam Paweł Szarama, specjalista prawa lotniczego, radca prawny i wykładowca w WSPiA w Rzeszowie.
Sam brak planu i łączności nie przesądza więc, że pilot złamał prawo.
Jak śmigłowiec znika z radaru?
Śmigłowiec leciał bardzo nisko. To mogło sprawić, że cywilne systemy go nie zobaczyły.
- Na bardzo małych wysokościach radary cywilne, z powodów fizycznych, takich jak przeszkody terenowe, często nie widzą takich obiektów. Inaczej jest, gdy maszyna ma włączony transponder, czyli urządzenie służące do jej lokalizacji i identyfikacji - mówi Paweł Szarama.
Nie wiemy, czy pilot I-A132 miał włączony transponder. Problemem może być natomiast wysokość, na której znalazł się śmigłowiec.
- Sam fakt takiego lotu nie jest niczym niezwykłym. Czym innym jest jednak lot na zbyt małej wysokości. To może już zostać potraktowane jako naruszenie prawa - dodaje ekspert.
Szarama porównuje zasady obowiązujące w klasie G do zwykłej jazdy samochodem.
- Nie musimy zgłaszać policji trasy każdego wyjazdu samochodem, jeśli jedziemy zgodnie z przepisami. Podobnie działa to w lotnictwie ogólnym - wyjaśnia.
PKBWL nie rozpoczęła badania
O zdarzeniu wie Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych, którą zawiadomiła policja.
- Nie znaliśmy właściciela ani pilota śmigłowca. Brakowało nam informacji potrzebnych do podjęcia decyzji, czy komisja będzie badała to zdarzenie - mówi Krzysztof Błasiak, wiceprzewodniczący PKBWL.
Błasiak zapowiada, że gdy policja lub prokuratura zgromadzi dokumenty maszyny, dane pilota oraz informacje o jego licencji, komisja wystąpi o ten materiał. Dopiero wtedy zdecyduje, czy rozpocznie badanie.
To luka w bezpieczeństwie? Ekspert unika tego słowa
Zapytaliśmy Pawła Szaramę, czy możliwość lotu bez planu, łączności i zapisu w cywilnych systemach odsłania dziurę w ochronie polskiego nieba.
- Jako prawnik unikałbym słowa „luka”. To nie jest błąd w przepisach, lecz świadomy kompromis. Powstał po to, aby lotnictwo ogólne, czyli na przykład prywatni właściciele statków powietrznych i szkoły lotnicze, mogło działać bez paraliżowania systemów kontroli ruchu - odpowiada.
Według eksperta obecne napięcie geopolityczne zwiększa jednak potrzebę dokładniejszego śledzenia małych maszyn. Przepisy mają iść w stronę rozwiązania, w którym każdy statek powietrzny wysyła sygnał ze swoim położeniem także w przestrzeni niekontrolowanej.
Już teraz można tworzyć strefy TMZ. Pilot nie musi w nich składać planu ani utrzymywać łączności, ale ma obowiązek włączyć transponder. Dzięki temu służby mogą zobaczyć i rozpoznać maszynę.
Nad ważnym zakładem można również ograniczyć ruch albo całkowicie zakazać lotów. Jak tłumaczy Szarama, pilot, który bez zgody wleci do takiej strefy, może narazić się nawet na pięć lat więzienia.
Zapytaliśmy PAŻP, czy dokładne miejsce uszkodzenia linii leży w przestrzeni klasy G oraz czy nad Siarkopolem obowiązywała strefa zakazana lub ograniczona. Czekamy na doprecyzowanie.
Przepis czy radar?
Zakaz zaznaczony na mapie sam nie zatrzyma śmigłowca. Najpierw ktoś musi zauważyć maszynę i mieć czas na reakcję.
- Prawo chroni te obiekty na papierze, grożąc surowymi karami i dając wojsku możliwość interwencji. Trzeba jednak pamiętać, że przy nagłym locie nisko nad ziemią czas na reakcję jest bardzo krótki - mówi Szarama.
Jak wyjaśnia ekspert, PAŻP zajmuje się cywilnym ruchem lotniczym i przekazuje pilotom informacje. Ochrona polskiego nieba przed realnym zagrożeniem należy do wojska, które korzysta z własnych systemów obserwacji.
Niewielki śmigłowiec, który leci tuż nad drzewami może jednak pozostawić służbom niewiele czasu.
Zapytaliśmy Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych, czy wojskowe systemy zauważyły I-A132 w rejonie Chmielowa. Chcemy też wiedzieć, kto powinien zareagować, gdy niezidentyfikowana maszyna leci nisko w pobliżu ważnego zakładu. Czekamy na odpowiedź.
Siarkopol zapowiada, że po zakończeniu sprawy wróci do kwestii zabezpieczeń.
- Okoliczności zdarzenia są nadal wyjaśniane. Po zakończeniu wszystkich czynności przeanalizujemy ich wyniki również pod kątem ewentualnej potrzeby wprowadzenia dodatkowych działań w zakresie bezpieczeństwa - mówi Jakub Gadzalski.



