Od skalnych progów Sinych Wirów do głuchej wsi. Natura zachwyca, niski stan wód przeraża
Po kontuzji kolana na chwilę odpuściłem połoniny i wybrałem trasę, na której nie trzeba zdobywać szczytu. Najpierw zszedłem między skały i korzenie nad Wetlinę w Rezerwacie Sine Wiry. Po powrocie na parking ruszyłem jeszcze do pustej doliny Łopienki. Zapraszam na spacer po Bieszczadach bez tłumów.
Łukasz Pelc · 12 września 2026
Ruszam z bezpłatnego parkingu przy drodze wojewódzkiej nr 894, tuż za Polankami. Po drodze mijam płatny parking, przechodzę przez most nad Solinką. Za drogowskazem "Sine Wiry 2,5 km" skręcam w lewo.
Na początku idę wzdłuż Solinki. Później docieram nad Wetlinę - to ona tworzy skalne progi Sinych Wirów. Do wiaty na terenie dawnego Zawoju i z powrotem wychodzi jakieś dziewięć, dziesięć kilometrów, zależnie od liczby zejść nad wodę. Na spokojny spacer warto przeznaczyć od czterech do pięciu godzin. Nie ma co się spieszyć.
Na początku szału nie ma
Pierwszy odcinek trudno nazwać efektownym. Idę szeroką drogą przez las. Szuter pod nogami, po obu stronach drzewa, przede mną łagodny podjazd.
Rzeka co jakiś czas pokazuje się daleko w dole. W kilku miejscach można podejść bliżej krawędzi i spróbować zrobić zdjęcie. Lepiej się nie wychylać. Zbocze jest strome. Jeden nieostrożny krok może skończyć wycieczkę znacznie szybciej. Lepiej iść dalej, na widoki jeszcze przyjdzie czas.
Po kilku minutach znikają odgłosy samochodów. Zostają szum drzew, śpiew ptaków i odgłos wody gdzieś w dole.
Dopiero przy pierwszej tablicy rezerwatu zaczyna się to, po co tu przyszedłem. Z głównej drogi schodzę nad Wetlinę. Na początku pomagają drewniane schody, ale szybko się kończą. Dalej ścieżka prowadzi między drzewami, a spod ziemi wystają korzenie. Trzeba patrzeć pod nogi, żeby się nie przewrócić, zwłaszcza po deszczu.

Między głazami trzeba znaleźć łosia
Właściwa część spaceru nie prowadzi już równym szutrem. Wąska ścieżka wije się wśród drzew, skał i wielkich głazów porośniętych mchem. Pierwsze skalne progi widać już po chwili. Dalej są następne.
Wetlina przeciska się między skałami. Woda uderza w kamienne płyty, rozdziela się na kilka strug i spada z niewielkich progów. Na brzegu leżą wielkie głazy. Część z nich niemal w całości przykrywa mech.
Te miejsca mogą znać widzowie serialu Wataha. Ekipa nakręciła w Sinych Wirach sceny ucieczki Wiktora Rebrowa przez las i skalne progi Wetliny.
Przy trasie stoją ławki, ale wolę znaleźć w miarę płaski kamień nad wodą. Siadam, wyciągam jedzenie i patrzę na rzekę. Przez kilka minut niczego więcej nie potrzebuję. Jeśli ktoś chce nazwać to medytacją, proszę bardzo.
Tu zaczyna się też szukanie łosia. Nie chodzi o zwierzę, ale o lipę, która wyrosła na skale. Pień i konary przypominają głowę z porożem. Łoś z Zawoju stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów rezerwatu. Zabawa w chowanego w lesie jest naprawdę przyjemna.
Według miejscowej legendy, kiedy łoś zanurzy pysk w Wetlinie, na nizinach przyjdzie powódź. Podczas mojego spaceru do wody miał daleko, bardzo daleko.






Wiata stoi tam, gdzie kiedyś była wieś
Po powrocie na szutrową drogę idę jeszcze dalej, do wiaty z paleniskiem. Kolano nie protestuje. Można tu odpocząć przed powrotem. Nadleśnictwo Cisna wymienia to miejsce na liście punktów, w których wolno rozpalić ognisko. Oczywiście nie wtedy, gdy obowiązuje czasowy zakaz. Akurat jakaś rodzina z dwójką dzieci paliła ognisko i smażyła kiełbaski.
Wiata stoi na terenie dawnego Zawoju. Najstarsza wzmianka o tej bieszczadzkiej wsi pochodzi z 1552 r. Były tu domy, cerkiew, młyn, tartak, kuźnia i karczma. Komunistyczne władze wysiedliły mieszkańców w 1947 r. podczas akcji Wisła. Dziś o ludziach, którzy tu żyli, przypominają rozmyte ślady dawnych zabudowań.
Od wiaty wspinam się jeszcze na strome wzgórze. Podejście jest strome, ale warte wysiłku. Po kilku krokach przypominam sobie o kontuzji kolana, ale czuję, że nie odpuszczę.
W centrum dawnego Zawoju, na naturalnie obronnym cyplu, stała od 1860 r. drewniana cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Była filią parafii w Jaworcu. Do świątyni i na otaczający ją cmentarz wchodziło się przez dzwonnicę z trzema dzwonami: Dmytro, Michał i Wasyl.
Wojsko Polskie spaliło cerkiew w 1947 r., kilka miesięcy po akcji Wisła. Dziś na wzgórzu widać fragmenty podmurówki oraz kamienną podstawę ołtarza. Na cerkwisku stoi drewniany krzyż. Wśród starych lip ocalał jeden nagrobek rodziny Fedirków oraz mogiły.

Wetliny jest wyraźnie mniej
Skały nadal robią wrażenie, lecz między nimi widać zaskakująco mało wody. Nurt rozbija się o progi, ale szerokie kamienne łachy zajmują sporą część koryta.
Nie każdy taki obraz można tłumaczyć zmianami klimatu. W tej części rezerwatu istniało kiedyś Jezioro Szmaragdowe, które powstało po osunięciu zbocza Połomy w 1980 r. Wetlina z czasem przecięła naturalną zaporę, a żwir niemal wypełnił zbiornik. Dlatego jezioro praktycznie zniknęło.
Niski stan wody potwierdzają pomiary z sąsiedniego Sanu. 10 września 2026 r. IMGW zaliczał stacje w Zatwarnicy i Lesku do strefy wody niskiej. Wetliny nie ma w tym zestawieniu, więc tych wyników nie można przenieść na nią jeden do jednego.
Kto uważa zmianę klimatu za odległy problem, niech poszuka w internecie zdjęć Sinych Wirów sprzed dziesięciu lat i porówna je z obecnymi. To nie naukowy dowód, tylko fakt.

Z tego samego parkingu do cerkwi bez wsi
Wracam tą samą drogą, ale na parkingu nie kończę wycieczki. Po tej samej stronie drogi wojewódzkiej skręcam w szutrową drogę do Łopienki. Można ją pokonać pieszo lub samochodem. Marsz do cerkwi zajmuje około godziny i kwadransa, a na końcu mieści się zaledwie kilka aut.
Po drodze mijam miejsce wypału węgla drzewnego. Stoją tam stalowe retorty. W takich piecach drewno zmienia się w węgiel bez pełnego dostępu powietrza. Jeszcze kilkanaście lat temu podobnych wypałów było w Bieszczadach znacznie więcej.
Łopienka leży na stoku Łopiennika, ale dziś nie mieszka tu nikt. W 1946 r. komunistyczne władze wysiedliły większość mieszkańców do ZSRR. Rok później wysłały pozostałych na zachód Polski. Opuszczone domy z czasem zniknęły. Z dawnej wsi ocalała murowana cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem św. Paraskewii Męczennicy.



Świątynia długo niszczała. W latach 80. jej odbudowę rozpoczął Zbigniew Kaszuba z grupą społeczników. W środku stoi kopia ikony Matki Bożej Łopieńskiej. Oryginał trafił po wojnie do kościoła w Polańczyku.
Informacje praktyczne
Start: bezpłatny parking przy drodze wojewódzkiej nr 894 za Polankami.
Trasa: Polanki - punkty widokowe nad Wetliną - Łoś z Zawoju - wiata w Zawoju - powrót tą samą drogą.
Dystans: około 9-10 km w obie strony, zależnie od zejść nad rzekę.
Czas: 3-4 godziny spokojnego spaceru.
Trudność: główna droga jest łatwa; zejścia nad rzekę są strome, wąskie i miejscami śliskie.
Opłaty: wejście do rezerwatu jest bezpłatne; przy początku trasy działają parking płatny i parking bezpłatny.
Łopienka: od parkingu przy drodze do cerkwi idzie się około 1 godz. 15 min w jedną stronę. To osobna trasa, która zaczyna się po tej samej stronie drogi wojewódzkiej.
Źródła
Nadleśnictwo Cisna: https://cisna.krosno.lasy.gov.pl/rezerwaty-przyrody
Historia dawnego Zawoju: https://www.szlakiemzaparatem.pl/wies-zawoj-bieszczady-odnalezione/
Podkarpacki Szlak Filmowy, Sine Wiry w serialu „Wataha”: https://filmowepodkarpacie.pl/filmy/wataha
Historia cerkwi i dawnej wsi Łopienka: https://gorydlaciebie.pl/wyprawy/cerkiew-w-lopience-kultowe-miejsce-w-bieszczadach/
Wypał węgla drzewnego koło Łopienki: https://gorydlaciebie.pl/wypal-wegla-drzewnego-w-bieszczadach/











