
Coraz więcej właścicieli zwierząt sięga po porady z internetu, wpisując objawy w wyszukiwarkę lub pytając o stan zdrowia pupila narzędzia takie jak ChatGPT. Diagnoza online może być jednak myląca, a źle dobrane leczenie prowadzić do poważnych powikłań i opóźnienia właściwej pomocy.
Spis treści:
„Pani doktor, przyszła właścicielka Rexa. Rex znowu potrząsa głową i drapie okolicę uszu. Pani twierdzi, że to identyczne objawy jakie miał rok temu, wtedy kiedy zdiagnozowaliśmy zapalenie uszu, więc chce tylko kupić tą maść, która mu wtedy tak pomogła.”
Słucham tych i podobnych zdań po raz kolejny i wiem, że czeka mnie kolejna rozmowa, po której właściciel wychodzi niezadowolony lub wręcz obrażony.
Bo maść owszem pomogła, ale pies wcześniej został dokładnie zbadany. Ocena stanu ogólnego, sprawdzenie czy problem dotyczy tylko uszu czy całej skóry, obejrzenie zębów i jamy ustnej, bo tam może być przyczyna potrząsania głową i drapania pyska, no i na koniec zbadanie dna ucha – najważniejsza czynność.

Podobne objawy, zupełnie inne choroby
W przypadku problemów z uszami u psa lub kota konieczne jest dokładne badanie. W uszach psów często znajdujemy ciała obce, u kotów polipy, czasem guzy nowotworowe. Ważną rzeczą jest też stwierdzenie czy błona bębenkowa jest cała, bo większość maści ma przeciwwskazanie do stosowania w przypadku jej uszkodzenia.
Często potrzebne są dodatkowe badania, np. wymaz bakteriologiczny, a wiele przypadków np. zapalenie uszu na tle alergii, wymaga ukierunkowanego leczenia ogólnego.

Kiedy internet szkodzi zamiast pomagać
Tymczasem coraz więcej właścicieli zwierząt szuka odpowiedzi w internecie. Wpisują występujące symptomy chorobowe w wyszukiwarki internetowe i już po kilku sekundach mają diagnozę i sposób leczenia. Niestety, takie działanie bywa niebezpieczne.
Przykładem jest mała suczka Mona. Jej właścicielka, za poradą ChataGPT zapuściła psu krople do uszu (dostała od sąsiadki, bo jej pies miał to samo). Po tygodniu nieskutecznego leczenia i pogarszającego się stanu psa, przyszła do nas z prośbą o pomoc. Po uśpieniu psa usunęliśmy z ucha sporych rozmiarów, stary kłos trawy. Niestety, doszło już do uszkodzenia błony bębenkowej, a niewłaściwie zastosowana maść doprowadziła do komplikacji, wydłużając okres leczenia Mony.
O skutkach leczenia internetowego przekonała się też Sara, owczarek niemiecki w wieku nieco już zaawansowanym. Wprawdzie miała stwierdzone zwyrodnienia kręgosłupa i dysplazję stawów biodrowych, ale radziła sobie z tym całkiem nieźle. Nagle, pewnego dnia zaczęła wykazywać duże problemy ze wstawaniem.
Zaniepokojona właścicielka zasięgnęła porady ChataGPT oraz konsultowała to na swoich mediach społecznościowych, gdzie wszyscy jednogłośnie oświadczyli, że obecny stan psa jest efektem pogorszenia się problemów z kręgosłupem. Opiekunka więc udała się do nas po leki przeciwbólowe. Tym razem udało mi się bezproblemowo namówić panią na wizytę psa w lecznicy. U Sary stwierdziliśmy ropomacicze. Po operacji szybko doszła do siebie i nadal wyprowadza swoją Panią na długie spacery.
Lekarz weterynarii to nie opcja, tylko konieczność
W nowoczesnym świecie mamy dużo możliwości zdobycia informacji. Internet może być pomocny – np. w znalezieniu specjalisty, czy wstępnym rozeznaniu. Nie zastąpi jednak fizycznego badania naszego zwierzaka, które może przeprowadzić wyłącznie lekarz weterynarii.
Więc jak po raz kolejny muszę odmówić wydania maści do ucha, a właściciel nie przyjmuje mojego tłumaczenia i odchodzi niezadowolony, martwię się, że jego zwierzak może otrzymać pomoc zbyt późno.
Wielu właścicieli odkłada wizytę z różnych powodów: brak czasu, stres zwierzęcia, brak samochodu, albo, że pies lub kot nie lubi jeździć, jest agresywny i i tak się nie da zbadać. Jednak według mnie najczęstszą przyczyną są koszty wizyty i leków. Nawet jeżeli starannie obliczyliśmy nasz budżet i sądziliśmy, że stać nas na utrzymanie dodatkowego członka rodziny, to i tak życie nas zaskakuje niespodziewanymi wypadkami. A poważna choroba naszego pupila może sporo kosztować.
Dlatego warto, jak już kiedyś wspomniałam, pomyśleć o ubezpieczeniu naszego zwierzaka. W internecie jest sporo ofert. Nie chcę tu polecać żadnej konkretnej firmy, ale, proszę mi wierzyć, że to działa. Można zapytać swojego lekarza weterynarii z jaką firmą współpracuje mu się najlepiej. Sprawdzić warunki, porównać z innymi.
Takie ubezpieczenie pokrywa m.in. koszty diagnostyki, leczenia czy operacji, co w trudnych sytuacjach może mieć ogromne znaczenie. Ubezpieczamy domy, samochody, czasem nawet laptopy i telefony, czemu więc nie nasze zwierzaki.
Na koniec warto podkreślić jedną rzecz: zgodnie z prawem lekarz weterynarii nie może leczyć zwierzęcia bez wcześniejszego badania. I ja uważam, że to jest przepis, który naprawdę chroni zdrowie naszych pupili.
Masz pytania? Zostaw komentarz albo napisz na re******@*******ow.pl. Możesz tez skontaktować się z nami przez Facebooka.
