
– Oczywista muzyka jest nudna – mówi Arek Marczyński, szef niezależnej Anteny Krzyku. A gdzie szukać tej nieoczywistej? Przy ul. Słonecznej 1. W pełnym winyli, kaset i kompaktów sklepie, który w dobie wszechobecnego streamingu i po ponad dziesięciu latach działalności w Rzeszowie, otworzył właśnie w samym centrum miasta.
Spis treści:
Żeby zacząć tę historię od początku trzeba by się cofnąć o ponad czterdzieści lat, do czasów kiedy to młody Marczyński organizował we Wrocławiu pierwsze koncerty, kserował pierwsze fanziny i wydawał pierwsze kasety ze znaczkiem Anteny Krzyku. To jednak historie tak zamierzchłe, że nawet Paulina, która w redakcji najchętniej w kółko puszczałaby Dezertera, nie wiedziała jeszcze, co to jest punk rock.
Cofnijmy się zatem o lat dwanaście, kiedy Antena Krzyku, a właściwie Arek i Julka z powodu koni przenieśli się do Rzeszowa. Dokładniej chodziło reining, czyli westernowy styl jeździecki, którym Marczyński pasjonuje się na równi z muzyką. A że jeden ze specjalizujących się w nim ośrodków, w dodatku prowadzony przez jego kolegę, akurat znajdował się pod Rzeszowem, tak trafili właśnie tu.
W końcu wydawać dobre płyty można równie dobrze nad Odrą, jak i nad Wisłokiem, więc Antena Krzyku zmieniła kod pocztowy z 50 na 35. Pierwszy krok, bo do adresu Słoneczna 1 jest jeszcze daleko.
Hardkorowcy. Nawet tacy z Ameryki
Przez te wszystkie lata Antena Krzyku, jak na niezależne wydawnictwo przystało, działała w zasadzie w podziemiu. Sprzedaż kręciła się głównie przez internet i podczas giełd, koncertów i festiwali, na których Arek rozstawiał wyjazdowe stoisko. W Rzeszowie miał magazyn.
– Na początku robiłem wszystko z mieszkania. Potem przeniosłem się do kolegów, którzy mają warsztat samochodowy przy obwodnicy i część biurową w tych zabudowaniach. Szybko okazało się, że najzwyczajniej w świecie nie mieszczę się tam ze swoim kramem. Poza tym miałem przygody zdrowotne i nie byłem w stanie nosić skrzynek i kartonów z winylami na pierwsze piętro – opowiada o rzeszowskich początkach.
Wtedy zaczął szukać lokalu z lepszym dostępem i tak, na kolejne pięć lat, trafił na osiedle Zwięczyca, do jednorodzinnego domu, w którym przejął cały parter, a na płocie dumnie powiesił baner z logiem wytwórni. I nawet to trochę przypominało sklep. Pojawiły się półki z winylami, można było wejść, pogadać, poszukać czegoś na wypełnionych muzyką regałach. Tyle że to wciąż było miejsce dla wtajemniczonych.
Bo ja wtedy jeszcze w ogóle nie myślałem o sklepie i sprzedaży detalicznej. Więc nadal był to magazyn, a ludzie, którzy tam przyjeżdżali, to naprawdę byli tacy hardkorowcy, co to naprawdę chcieli tam trafić.
wspomina Marczyński.
Nawet wyjątki potwierdzały tę regułę. Pewnego dnia pojawili się na przykład amerykańscy żołnierze, którzy skądś usłyszeli, że mogą w Rzeszowie kupić amerykański hardcore na płytach. Znaczy, hardkorowcy z krwi i kości.
– Sądzili, że się na dłużej tutaj zadomowią. Kupili trochę płyt, Minor Threat, Fugazi, różne takie zespoły amerykańskie. No, ale niestety okazało się, że się nie zadomowili, los rzucił ich w inną część świata i przestali się pojawiać.

Spa, barberzy i siwe włosy na głowie
To jednak nie brak wojskowych zza oceanu przesądził o kolejnej przeprowadzce. Pewnego dnia właścicielka budynku stwierdziła, że zrobi w nim spa i salon piękności, a to sprawiło, że Antena znów musiała się spakować.
I tak dotarliśmy do Słonecznej 1. A właściwie dotarli Arek z Julką, którzy przejeżdżając przypadkiem Leszczyńskiego, bo budynek stoi na rogu tych dwóch ulic, zobaczyli kartkę na szybie, a na niej informację, że lokal jest do wynajęcia. Dalej sprawy potoczyły się dość szybko.
– Lokal należy do spółdzielni. Zadzwoniłem więc, porozmawiałem z panem kierownikiem, który powiedział, że już papiery przetargowe są przez wszystkich poskładane, ale że jak przyjdę na przetarg ustny, no to oczywiście mogę wziąć w nim udział. I tak się stało.
W szranki stanął z nie byle kim. Dopiero co przegrał z salonem piękności, a tu o miejsce walczyły duże firmy cateringowe i sieć salonów barberskich.
Okazało się jednak, że ten przetarg wygrałem. Może z racji tego, że miałem tyle samo siwych włosów, co panowie w komisji. Nie wiem czy to było akurat decydującym argumentem, ale w każdym razie okazało się, że możemy się tu instalować.
opowiada Marczyński.
Tak czy inaczej, znów wszystko zaczęło się jakby od nowa.

Płytki z mięsnego robią dziś klimat. Do tego sypana kawa
Lokal przy Słonecznej nie był gotowy na przyjęcie muzyki. To była jedna, wielka ruina, więc trzeba go było w zasadzie stworzyć od zera.
No, bo co tu było wcześniej? Sklep mięsny, działający jeszcze w ubiegłym wieku, po którym ostały się oldskulowe kafelki na ścianach. Ujrzały światło dzienne po zdarciu ze ścian regipsów i zostały, bo robią klimat, który idealnie pasuje do sklepu muzycznego.
Później był sklep z elektroniką, po którym w zasadzie nie ostało się nic. Bo kable, przewody i wtyczki wystawały zewsząd i tworzyły jakieś dziwne konstelacje, w których ciężko się było połapać. Marczyński więc pozakładał swoje. Czarne linie tworzą teraz kilkupasmowe trasy nad kafelkową lamperią.
Własne historie mają też pozostałe elementy wystroju. Regały przyjechały z zamykanej w Gliwicach księgarni, inne z dawnego sklepu płytowego w Warszawie. Jeszcze dłuższą drogę przebyło stare biurko, które na ulice Słoneczną w Rzeszowie trafiło aż z Holandii.
– Zobaczył je mój kolega idąc amsterdamską ulicą. Wysłał zdjęcie z pytaniem, czy chcę je przygarnąć. Stwierdziłem, że pewnie, że to jest bardzo fajny stary, drewniany, ciężki mebel, który na pewno się przyda. No i tak tutaj wylądowało. Oczywiście trochę zostało odnowione, trochę pobejcowane i natarte woskami i funkcjonuje, jako lada sklepowa i miejsce do pakowania paczek.
Jest jeszcze przytulny kącik, z którego można popatrzeć na przechodzące ulicą psy i przechodniów. Stolik, dwie kanapy, obok szafka z gotowym do działania gramofonem. Na parapetach, półkach i podłodze stoją kwiatki w doniczkach. Monsterę kilka dni temu podrzucił Patryk, który regularnie zagląda na muzyczne zakupy.
Chciałem, żeby to było miejsce dosyć przytulne. Żeby ktoś mógł wejść, wybrać płytę, ale jak będzie chciał pogadać, to może usiąść, napić się kawy i pogadamy. Ekspresu jeszcze nie mam, bo to urządzenie dość drogie, więc na razie oferuje kawę sypaną i herbatę. No i powiem ci, że tą sypaną kawą jakoś nikt nie gardzi
zachwala Marczyński.

Cztery tysiące tytułów. A oczywista muzyka jest nudna
Ale my tu o kawie, a przecież najważniejsza w sklepie muzycznym jest muzyka. Lokal to niby niewielki, a Arek mówi, że ma dziś na półkach prawie cztery tysiące tytułów. Są winyle, płyty CD, kasety. Trzonem wciąż pozostaje muzyka niezależna: punk, hardcore, alternatywa, elektronika. Ale asortyment sklepu z dnia na dzień się poszerza.
– Kiedyś Antena Krzyku była w stu procentach alternatywa. Ale z racji tego, że zacząłem działać stacjonarnie, to znajdziesz tu też Black Sabbath, Napalm Death, Slayera, że o Pink Floydach nie wspomnę. Jazzu mam też dużo, bardzo, bardzo dużo. Ale jazzu zawsze słuchałem, więc jest to jakby naturalne. A poza tym na jazz są klienci. Ludzie go lubią na winylach, dlatego że to jest muzyka po części akustyczna, brzmiąca z tego nośnika bardzo dobrze.
Wróćmy do rzeczy bardziej antenowych. Marczyński mówi, że nawet w przypadku alternatywy unika oczywistości.
– Takich firm jak moja w Polsce jest kilka i staramy się nie zazębiać. Jako że wyrosłem najbardziej chyba z tych wszystkich firm ze sceny tej hardkorowo-punkowej, to mam trochę tych hardcore punków, ale też takich nieoczywistych.
Oczywista literatura jest nudna, oczywista muzyka też jest nudna, więc nawet jeśli chodzi o alternatywę, to szukam takiej z pogranicza różnych gatunków.
A co do zaprzyjaźnionych firm, to każdy z nas ma swoją specyfikę, wytwórnie i dystrybutorów, z którymi współpracuje. Więc generalnie to nie wchodzimy sobie w drogę, choć czasem, na przykład – tak jak w przypadku Gusstaff Records czy Audio Cave, mam ich tytuły w sklepie stacjonarnym. Żeby ktoś, kto jest w Rzeszowie, nie musiał zamawiać tego przez internet, tylko przyszedł sobie do sklepu, kupił i wyszedł z płytą pod pachą.

Tłoczno pod tłocznią, czyli winyl nie umarł
Najlepiej winylową, kompakt pod pachą nieść jest przecież trochę trudniej.
Jak to jest? – pytam. – Mamy 2026 rok, Spotify puszcza streaming w bezstratnej jakości, na YouTube lądują nie tylko pojedyncze teledyski, ale całe albumy. Kto jeszcze kupuje płyty?
Okazuje się, że do sklepu na Słonecznej przychodzą nie tylko starsi kolekcjonerzy, ale i młodzież, która dopiera odkrywa analogowy świat.
Jakaś część ludzkości ma w sobie potrzebę posiadania muzyki na nośniku. Bez względu na to, czy to jest płyta gramofonowa, czy to jest kompakt, czy to jest kaseta. Są tacy, których cieszy to, że biorą płytę do ręki, kładą na talerz, oglądają okładkę i zamieszczone tam grafiki. I sprawia im to przyjemność
mówi szef Anteny Krzyku.
Ta potrzeba posiadania muzyki doprowadziła do tego, że jakąś dekadę temu winyl z pełną mocą wrócił do łask.
– W momencie, kiedy generacja dzisiejszych trzydziestolatków zorientowała się, że jest tym nośnikiem, gdzie to wszystko najlepiej się prezentuje i, jak twierdzą niektórzy, najlepiej z niego słychać muzykę, to zaczęli się na te płyty przerzucać i odgrzebywać wszystko. I te płyty z czasów swoich rodziców czy dziadków, i zupełnie nowe wydawnictwa. Dlatego zrobił się boom – analizuje Marczyński.

Niezależne wytwórnie, które z muzyki na winylu nigdy nie zrezygnowały, miały nawet chwilowy problem. Gdy na czarne płyty rzucili się fonograficzni giganci, okazało się, że nagle pod tłoczniami, których po erze kompaktów i empetrójek jednak nie zostało zbyt wiele, znów zrobiło się tłoczno.
– Dziesięć, piętnaście lat temu one miały ograniczone możliwości produkcyjne. Trzeba było doprowadzić do porządku stare maszyny, brakowało ludzi, którzy potrafiliby to obsługiwać i postawić je do pionu. Ale, że rynek nie znosi próżni, więc gdy się okazało, że wszyscy chcą znów robić muzykę na winylu, to ruszyła produkcja nowych maszyny I teraz większość nowo powstających tłoczni działa już na nowym sprzęcie.

A nie zauważył pan, że tu wszyscy są konserwatywni?
Sprzęt jednak na razie zostawmy w spokoju, w sklepie najważniejsi są przecież ludzie. Dzięki temu wizyta na Słonecznej rzadko kończy się na szybkim „dzień dobry” i transakcją przy biurku-ladzie. Raczej zaczyna się od przeglądania płyt, a potem rozmowa sama się rozkręca. I czasem nie wiadomo nawet, w którą skręci stronę.
– Dzisiaj był na przykład pan, który przyszedł w zasadzie po zwykłe koszulki ochronne na winyle. Ale tak się to potoczyło, że zaczęliśmy rozmawiać o sprzęcie i w ogóle o płytach. Skończyło się na tym, że wybrał kilka płyt, głównie z jazzem. No i zamówił sobie u nas sprzęt, taki konkretny z lat 70., który kosztuje bardzo dużo pieniędzy. I my ten sprzęt dla tego pana znajdziemy.
Ale o sprzęcie miało na razie nie być, więc jeszcze jedna historia. Raz przyszła pani, która myślała, że tu nadal funkcjonuje serwis AGD. Gdy zobaczyła półki pełne płyt, to nawet nie była tym faktem zdruzgotana, bo okazało się, że jej syn też gra muzykę i chętnie go z Marczyńskim skontaktuje.
Rozmowa szybko zeszła jednak na inny temat.
– Gdy dowiedziała się, że większość życia spędziłem we Wrocławiu zapytała, jak mi się mieszka na Podkarpaciu. Powiedziałem, że wspaniale, bo jest ciszej, spokojniej i można się skupić na pracy i na rodzinie. A potem padło pytanie: „A nie zauważył pan, że tu wszyscy są konserwatywni? Nawet ci, którzy mówią, że nie są?”. No cóż, ja chyba mam do czynienia z jakimiś innymi ludźmi – śmieje się Arek.

Drewniane membrany, raczej nie do punkrocka
Choć sklep przy Słonecznej coraz bardziej się rozrasta, Antena Krzyku wciąż pozostaje wytwórnią. I cały czas wydaje nowe rzeczy, choć, jak przyznaje jej szef, proporcje zaczynają się zmieniać.
– Przez pierwsze cztery miesiące tego roku mamy osiem tytułów. Są wśród nich zespoły, które wracają, jak Izzy and The Black Trees czy Hańba!, ale są też debiutanci, tacy jak Semi Nomadic czy zespół Ksy, który mam już w sklepie na CD, a lada dzień pojawi się też na winylu. Zobaczymy, co będzie dalej, ale myślę, że będę trochę mniej wydawał, a bardziej rozwijał sklep. Sprowadzał więcej płyt, poszerzał ofertę.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. I tu wracamy do sprzętu, który w tym miesiącu pojawił się na Słonecznej 1. Gramofony, magnetofony, wzmacniacze, radia i głośniki już stoją na regałach. Używane, ale w doskonałym stanie i, co ważne, w przystępnych cenach.
– Zbieramy to wszystko po różnych aukcjach w Europie. Nie celujemy w sprzęt za dziesiątki tysięcy, chcemy mieć jednak rzeczy dobre i sprawdzone. Staramy się kupować takie, które są już w dobrym stanie wyjściowym. Doprowadzamy je później jeszcze do ładu, dajemy na to gwarancję rozruchową. Nawiązałem też współpracę z panem, który jeździ do klientów i kalibruje gramofony na miejscu. Bo to wbrew pozorom nie jest takie proste urządzenie. Musi być wypoziomowany, musi mieć ustawiony nacisk igły, antyskating.
Jak na sklep Anteny przystało, na półkach zdarza się sprzęt, który sam w sobie jest ciekawą historią. Jak niepozornie wyglądające głośniki JVC.
– Kupiliśmy je ostatnio i okazało się, że są jakieś ultra drogie. Mają drewniane membrany, są specjalnie dedykowane do muzyki akustycznej i do jazzu. Ta membrana powoduje, że ten dźwięk przy rocku nie będzie taki jak powinien. Co ciekawe, producent zaleca do tych głośników jeden konkretny model wzmacniacza i ten model też zaleźliśmy, wkrótce pojawi się w sklepie. Więc teraz się zastanawiam, czy nie poczekać z ich ewentualną sprzedażą, tak żeby ktoś, kto tutaj przyjdzie, mógł sobie wziąć cały zestaw.
Jest więc dylemat i Arek myśli przez chwilę. Niedługą.
– Chyba jednak pozostawię klientom wybór, czy chcą z tymi głośnikami, które są po prostu wizualnie bardzo ładne, próbować sił z punkrockiem. Moim zdaniem to nie ma sensu, no ale ludzie mają różne pomysły.
No, mają. Jak ten na przykład, żeby w czasach streamingu, otworzyć sklep z analogową muzyką.
Antena Krzyku poza sklepem stacjonarnym cały czas działa też w sieci. Cały asortyment muzyczny znajdziecie w sklepie internetowym, a najnowsze wieści z niezależnego frontu na antenowym FB.




