
Nocą ktoś wszedł na ogrodzony teren pod najbardziej znanym pomnikiem w Rzeszowie i uprzątnął zalegające tam od lat nieczystości. Sprawcy zniknęli bez śladu, a mieszkańcy i komentatorzy próbują odpowiedzieć na pytanie: kto i dlaczego to zrobił?
Spis treści:
Jednym z nie aż tak popularnych rodzajów internetowego mema są rolki wideo, utrzymane w pewnym charakterystycznym stylu. Ich narratorzy, „udając”, że żyjemy trzydzieści lat później niż dziś, pokazują się na tle miejsca znanego z innych memów i parodiując Bogusława Wołoszańskiego, wypowiadają poważnym głosem kwestie jakby z programu „Sensacje XX wieku”.
Na przykład: „To właśnie tutaj, czterdzieści lat temu, miała się odbywać słynna libacja na skwerku, lecz przybyły na miejsce patrol policji stwierdził, że nikogo nie ma, a tajemnicze zdarzenie opisała lakonicznie lokalna prasa”. Konwencja polega na tym, żeby nadać internetowej bzdurce aurę wielkiej tajemnicy.
W marcu bieżącego roku w Rzeszowie miało miejsce zdarzenie, o którym podobne wideo można już chyba zacząć nagrywać. Ale na poważnie, gdyż nie z bzdurką mamy do czynienia. Tym wydarzeniem było posprzątanie gruntu pod Pomnikiem Walk Rewolucyjnych (vel: Czynu Rewolucyjnego). Mimo że mija już siódma doba od wiekopomnego czynu, nikt jak dotąd nie przyznał się do tej akcji.
Kto mógł ją przeprowadzić? Jaki miał w tym cel? Przeanalizujmy zestaw hipotez, które zebrałem w dwie grupy.
KTO NIE POSPRZĄTAŁ POD POMNIKIEM
Politycy
Żyjemy w czasach, kiedy absolutnie wszystko jest sprawą polityczną, a politycy interesują się wszystkim. Nawet poprzednie sprzątanie pod pomnikiem, które miało miejsce na krótko przed ostatnimi wyborami do parlamentu, zawierało elementy happeningu politycznego. Rzeźba budzi kontrowersje i wiele obozów próbowało, oraz jeszcze spróbuje, zbić na niej polityczny kapitał.
Ale póki co, kampania przed najbliższymi wyborami dopiero się zaczęła. I to w Warszawie, a nie na prowincji. Posprzątać jest prosto, zysk z tego łatwy, lecz to jeszcze nie pora na takie działania.
Co do tych „z drugiej strony” – największy rzeszowski monument niedawno został prawomocnie zabytkiem, wobec czego trudno jest wysuwać proste postulaty, typu: „jak wygramy, to usuniemy”. Każda decyzja administracyjna wymaga całego procesu odwracającego ją, a jego efekt nie jest do przewidzenia na początku.
A zresztą, jak dotąd żadna ekipa polityczna nie orzekła wprost, że pomnik zniknie po jej zwycięstwie w elekcji ogólnopolskiej. Właściwie to tylko dlatego dotrwał on do momentu wszczęcia postępowania wpisowego do rejestru zabytków (co skądinąd trwało sześć lat od złożenia wniosku i jest zapewne rekordem długości podobnego oczekiwania), że jakoś tak nie opłacało się mówić głośno o jego przyszłości, mając na względzie lokalny sentyment niezależny od preferencji wyborczych. Politycy na pewno wrócą do tematu, ale póki co, siedzą cicho.

Internetowe (i nie tylko) trolle
Trollowanie to inaczej działanie zorientowane na osiągnięcie efektu, z którego cieszy się (tylko lub również) troll. Może w nim chodzić np. o szerzenie dezinformacji (tym zajmują się np. armie „ruskich trolli” w sieci), a może „tylko” o chęć zepsucia atmosfery dyskusji, zniszczenia zabawy czy ogólnie, zasiania fermentu.
Możliwe jest, że jakaś osoba, albo i dwie, wiedząc, że niekończąca się telenowela z pomnikiem w tle zawsze dobrze się klika, wpadły na pomysł dodania do niej czegoś od siebie. Dokonały więc wjazdu na ogrodzony grunt i posprzątały go z zalegającego tam od ponad dwóch lat ptasiego łajna, żeby zobaczyć, co się stanie.
Doniesienia prasowe mówią właśnie o dwójce osób, które widać na kamerach monitoringu około godziny 2:50 w nocy z piątku na sobotę.
Zapewne takie trolle miałyby kupę radochy, obserwując w internecie setki reakcji zdezorientowanych Rzeszowian i pojawiające się jeden po drugim artykuły prasowe. Ale nie sądzę, żeby ktokolwiek ryzykował obcowanie z tonami smrodliwej treści przez kilka godzin tylko dla paru chwil wątpliwej sieciowej sławy, dodatkowo nie mając możliwości pochwalenia się nikomu swoim czynem.
Znam kilka osób z grupy, która sprzątała tam wcześniej i słyszałem ich opowieści o tym, jak to wyglądało od strony technicznej. Przy ostatniej okazji syfu było mniej, ale mniej było również czyścicieli i gdyby ktoś nie był odpowiednio zdeterminowany, po prostu nie wytrzymałby długo w trakcie tej gównianej roboty.
Właściciele gruntu, na którym stoi pomnik lub osoby przez nich wynajęte
Takie działanie nie miałoby absolutnie żadnego sensu i to na wielu poziomach.
Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia, które od czerwca 2024 r. jest właścicielem pomnika, przegrało swoją kampanię prowadzoną niemal od momentu przejęcia gruntu na własność. Polegała ona m.in. na nieodbieraniu wezwań na przesłuchanie od Straży Miejskiej, która, odpowiadając na pisma mieszkańców skarżących się na brud, rozpoczęła działania w kierunku jego usunięcia.
Były też inne działania instytucjonalne, np. podjęte przez Sanepid, który wydał prawomocny nakaz uprzątnięcia posesji, co jednakowoż niczego na niej nie zmieniło.
Dopiero po roku takiego bezskutecznego wzywania Straż mogła wnieść do sądu o ukaranie stowarzyszenia. Co też sąd uczynił, uznając, że doszło do złamania artykułu 117 Kodeksu Wykroczeń. Który brzmi: „Kto, MAJĄC OBOWIĄZEK UTRZYMANIA CZYSTOŚCI (podkreślenia moje) i porządku w obrębie nieruchomości, NIE WYKONUJE SWOICH OBOWIĄZKÓW lub NIE STOSUJE SIĘ do wskazań i nakazów wydanych przez właściwe organy w celu zabezpieczenia należytego stanu sanitarnego i zwalczania chorób zakaźnych, podlega karze grzywny do 1500 złotych albo karze nagany”.
Wina została orzeczona, a kara wymierzona, była to jednak kwota trzystu złotych, wobec czego Straż Miejska wniosła odwołanie od wyroku, który jej zdaniem, jest zbyt łagodny. Kolejne posiedzenie sądu odbędzie się w kwietniu.
Wobec tych faktów uważanie, że akcja sprzątania cokolwiek teraz zmieni w sytuacji stowarzyszenia, byłoby naiwne i głupie. Obowiązek dbania o swoją własność wiąże się wprost z jej posiadaniem i nie zależy od skuteczności odwołań czy też wysokości nałożonych kar.
Sąd wprawdzie zobowiązał właścicieli do uprzątnięcia terenu (przypominając po raz kolejny, że mieli ten obowiązek od zawsze), ale ludzie honoru, którymi członkowie stowarzyszenia się mienią, po prostu uznaliby się za pokonanych i uprzątnęli łajno z otwartą przyłbicą i w świetle dnia, a nie tchórzliwie i pod osłoną nocy.
Alternatywą jest trwanie na swojej pozycji do samego, w tym wypadku jeszcze bardziej gorzkiego, końca.
Historia zna przypadki „honorowej obrony do ostatniego żołnierza”. Gdyby za nocną akcją stał prezes stowarzyszenia i któryś z członków zarządu albo jakaś zewnętrzna firma (ale która firma przyjęłaby zlecenie sprzątania po nocy, gdy nic nie widać i można się poślizgnąć na kupie?!), znaczyłoby to, że tchórzliwie podkulili ogony i będą teraz próbowali ładnie wyglądać przed sądem.
Wypowiedzi samego prezesa, który podkreślał wiele razy, jak szanuje prawo, skłaniają mnie do wniosku, że ani on, ani nikt z jego stowarzyszenia nie podjęliby się tak niehonorowej hucpy.

Ktoś ich musiał „wyręczyć”. I strasznie się przy tym zmęczył, gdyż worki z zawartością zabrał ze sobą. Ogrodzenie otaczające pomnik było od południowej strony wykrzywione tak, że każdy mógł z łatwością je przekroczyć (teraz jest naprawione). Na upartego nie trzeba było nawet korzystać z zamykanej na klucz bramki na posesję (ma ją tylko właściciel), ale przerzucanie tych worków musiało być okropnie uciążliwe. A więc:
KTO POSPRZĄTAŁ POD POMNIKIEM
„Niewidzialna ręka”
Jakiś cichy bohater z kolegą, któremu od dawna leżało na sercu na przykład dobro Rzeszowa. I nie chciał, aby nieświadomi niczego turyści i niektórzy nie całkiem świadomi mieszkańcy miasta oskarżali o brud i syf na jednym z najważniejszych rzeszowskich skrzyżowań: ratusz, prezydenta Fijołka, Sanepid, Straż Miejską, Policję czy kogokolwiek innego. Instytucje te zrobiły wszystko, co mogły, a i tak wiele zrobić nie mogą, gdyż grunt jest własnością prywatną, natomiast faki idą na miasto Rzeszów.
Tajemniczym czyścicielom mogło też chodzić o zdrowie mieszkańców. Zwały gołębiego łajna to siedlisko bakterii i pasożytów. Może być ogniskiem wielu chorób, zwłaszcza w lecie, gdy jest ciepło, albo gdy wiatry zawiewają nieczystości spod pomnika na ulice i do Ogrodów Bernardyńskich.
Motywacja mogła też być prostsza – zwyczajne ulubienie czystości i porządku. Poza tym, musieli to być ludzie naprawdę odważni, którzy byli skłonni wiele zaryzykować. Po sprzątaniu we wrześniu 2023 roku na grupę aktywistów i polityków Lewicy, która tego dokonała, został złożony w szybkim tempie donos do prokuratury, a jego autorem był nie kto inny, jak tylko człowiek będący prezesem stowarzyszenia, które jest dziś właścicielem pomnika.
W swoim piśmie, (które opublikował w internecie) zarzucał im naruszenie prywatności Zakonu oo. Bernardynów przez wtargnięcie na ich prywatny teren oraz fakt, że rzeźby mogły spać im na głowę, przez co narazili samych siebie na niebezpieczeństwo. Na właścicielu pomnika, ktokolwiek by nim nie był, ciąży od grudnia 2022 roku nakaz sprawdzenia, jak mocno metalowe płaskorzeźby trzymają się betonowej osnowy. To poważna sprawa, gdyż nikt nie interesował się tym od lat.
Pan prezes miał na względzie dobro bernardynów i owych sprzątających, których postanowił wtedy ratować przed samymi sobą, mimo że niezbyt ich lubi. Jego sympatie polityczne są zgoła inne. Ale gdy stowarzyszenie przejęło już monument, sam wypowiadał się o bezpieczeństwie publicznym jako o bardzo ważnej rzeczy i zapowiadał rychłe sprawdzenie, czy aby jego nowo nabytej własności nie grozi katastrofa budowlana.
Znając logikę tych kroków (a osoba spod szyldu „niewidzialnej ręki” zapewne by ją znała, gdyby śledziła pomnikowe sprawy i w którymś momencie wysnuła wniosek że posprząta, bo po prostu tak trzeba), należy się spodziewać, że tym razem zawiadomienie do prokuratury jest więcej niż pewne i dotąd nie ujrzało światła dziennego tylko dlatego, że stowarzyszenie chce je jak najstaranniej dopracować.
Przecież chodzi teraz o jego własny interes. Gdyby rzeźby spadły na głowę tajemniczym sprzątającym, obciążałoby to również samych właścicieli.
Wprawdzie, gdy na przełomie czerwca i lipca 2024 roku wszczęto wreszcie postępowanie wpisowe pomnika do rejestru, prezes przestał mówić o tym bezpieczeństwie publicznym, a zaczął rozprawiać o tym, jak jego prawo własności jest ograniczane. Ale na pewno żywo interesuje się nim nadal w kontekście ludzi, których wciąż trzeba ratować przed skutkami ich własnej głupoty, nawet nie bacząc już na zagrożenie dla siebie i swojej organizacji.
Remont był i jest możliwy przez cały czas, tylko że obecnie wymaga konsultacji z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków. Jest to gorzka pigułka dla każdego właściciela obiektu zabytkowego, lecz pewnie do przełknięcia, bo przecież chodzi o bezpieczeństwo!
Nie wykluczam posprzątania terenu przez właśnie takich ludzi, którzy okazaliby się być prawdziwymi bohaterami! Takich poznajemy w trudnych czasach i okolicznościach, które wymagają przyjęcia wielkiego ryzyka. Mam nadzieję, iż podczas dokonywania swojego chwalebnego czynu te osoby były dobrze zamaskowane, a teraz są już daleko lub głęboko w konspiracji.
Chciałbym poznać pewnego dnia ich nazwiska i uścisnąć im dłoń. Oczywiście nie pochwalam łamania prawa, lecz ktoś inny mógł oceniać całą sytuację, jako stan wyższej konieczności…

Aktywiści Fundacji Rzeszowskiej, w tym ja sam
Niedawno zauważyłem, że gdy tylko w przestrzeni Rzeszowa lub szerszej ma się pojawić jakieś działanie związane z naszym pomnikiem, a organizowane pod auspicjami Fundacji Rzeszowskiej, ni stąd ni zowąd zaczynają się dziać rzeczy dla niego dobre.
W czasach pracy nad pierwszą edycją wydarzenia o nazwie „Wielka Mandorla” miały miejsce wspomniane przeze mnie wybory do parlamentu, w których zwyciężyła opcja bardziej pomnikowi przychylna, niż ta, która rządziła wcześniej. A przynajmniej teoretycznie. Wcześniejsza władza, która uchwaliła m.in. ustawę dekomunizacyjną, miała w ręku wszelakie instrumenty prawne i administracyjne potrzebne do zakończenia bytu pomnika. Ale tego nie zrobiła.
Procedury przewidziane przez tę ustawę, a odnoszące się do usuwania komunistycznych upamiętnień, nie zostały zastosowane, terminy na ich wdrożenie minęły w 2018 roku i obecnie należy się zastanowić, czy nasz pomnik w ogóle pod jej przepisy podlegał, skoro nadal stoi. Nie znaczy to jednak, że gdyby tamta władza się utrzymała, popatrzyłaby dobrym okiem np. na wniosek wpisowy do rejestru zabytków. Sytuacja zmieniła się więc na lepsze.
Minęły dwa lata, w biurze WKZ oraz Ministerstwie Kultury przełożono mnóstwo papierów, pomnik zmienił właściciela, a ludzie Fundacji zabrali się za drugą edycję Mandorli. Przygotowania były już na finiszu, gdy nagle, na dwa tygodnie przed finałem, okazało się, iż ktoś tam w Warszawie znalazł teczkę ze sprawą rzeźby Koniecznego stojącej w Rzeszowie i postanowił odrzucić odwołanie właściciela gruntu od wpisu do rejestru zabytków w pierwszej instancji. Jakaż to była radość!
Przecież gdyby decyzja była odwrotna, cały panel, oglądanie wystawy na rynku i spektaklu w Rzeszowskich Piwnicach odbyłoby się w atmosferze niepewności i nerwowego skupienia. A tak – była niemal fiesta. Obecnie spektakl „Wielka Mandorla Superstar”, będący główną atrakcją drugiej instancji „Wielkiej Mandorli”, jedzie do Warszawy.
I co? I ktoś właśnie teraz wielką rzeszowską mandorlę posprzątał! No co za przypadek! Dlaczego nie przyjąć że ja oraz inny rosły chłop z Fundacji, nie chwyciliśmy za szerokie łopaty do śniegu i nie poradziliśmy sobie z całym tym (pardon) gównem w kilka godzin?
Jesienne sprzątanie z 2023 roku trwało godzin pięć. Teraz nie było tam aż tyle treści, gdyż gromadziła się krócej, ale działanie wyglądało bardziej na zaplanowane niż tamto pierwsze, które było spontaniczne, prawda?
Ogrodzenie, jak już powiedziałem, było wykrzywione, a zawiadomienie zawiadomieniem, my też jesteśmy odważni! Skuteczne zamaskowanie nie byłoby takie trudne przy synchronizacji działań, a nawet przy wymienianiu się dwójek sprzątaczy w miejscu niewidocznym dla kamer (całą Wielką Mandorlę 2.0 przygotowywała dużo większa liczba osób niż dwie!).
Od kilku lat jestem bardzo dobrze zorientowany we wszystkim, co się przy tym pomniku dzieje, co się mówi i pisze, więc z pewnością nie zostawiłbym takiej korelacji w przestrzeni zdarzeń losowych po tym, jak już ją zauważyłem, prawda? Może to więc byłem ja?
Może piszę ten tekst, zaciskając szczęki z bólu wciąż rwących mięśni i ciągle mam w nosie świdrujący smród ton łajna, który tak szybko nie wyparuje? Jak było naprawdę? Czy kiedykolwiek się tego dowiemy? Czy zostanie to już na zawsze w sferze rzeszowskich sensacji XXI wieku, czy jednak odpowiedź przyniosą najbliższe dni???
Jest coś, o czym powinniśmy napisać? Daj znać, np. mailem na re******@*******ow.pl. Jesteśmy też na Facebooku i Instagramie. Oraz na TikToku.



