Syreny zawyły, przyszedł alert o ataku z powietrza. Pierwszy test pokazał niedociągnięcia
W jednej z podkarpackich szkół dzieci zeszły do schronu w ciągu minuty, w innej miały wyjść na boisko. W Rzeszowie pracownicy części instytucji schodzili do podziemi, inni czekali przed budynkami. Teraz urzędnicy sprawdzają, co zadziałało, a co wymaga poprawy.
Paulina Bajda · 19 września 2026
Czwartkowy alarm był dla mieszkańców Podkarpacia czymś więcej niż kolejnym SMS-em ostrzegawczym. W związku z rosyjskim atakiem powietrznym na Ukrainę i operowaniem polskiego lotnictwa Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wysłało mieszkańcom komunikaty o zagrożeniu.
Zawyły również syreny, a mieszkańcy zostali wezwani do znalezienia bezpiecznego miejsca. Po raz pierwszy alert był tak niepokojący:
UWAGA! UWAGA! Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce. Stosuj się do poleceń służb. Oczekuj dalszych komunikatów.
Alarm odwołano po około godzinie. Na terenie Polski nie doszło do zagrożenia, ale reakcja mieszkańców, szkół, urzędów i innych instytucji pokazała, że przed nami jeszcze sporo pracy.
- Nie każdy się zachował tak jak powinien - mówi Bartosz Gubernat, rzecznik prasowy wojewody podkarpackiej Teresy Kubas-Hul, pytany o to, jak wyglądała reakcja instytucji.
Wojewoda podkarpacka chce wiedzieć, co nie zadziałało
Jak wyjaśnia rzecznik, po otrzymaniu informacji o wysokim poziomie zagrożenia Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego uruchomiło procedury, w tym syreny alarmowe. Informacja trafiła następnie do powiatowych centrów zarządzania kryzysowego.
Kolejny komunikat RCB nakazywał mieszkańcom znalezienie bezpiecznego miejsca. To oznaczało, że w instytucjach, szkołach i innych placówkach również powinny zostać uruchomione odpowiednie procedury.
W urzędzie wojewódzkim pracownicy zostali przez radiowęzeł poinformowani o ewakuacji i poproszeni o zejście na poziomy -1 i -2. Nie wszędzie jednak było podobnie.
Rzecznik wojewody podaje przypadek szkoły, w której dzieci i nauczyciele zostali sprowadzeni do piwnicy. Samo schowanie się było właściwą reakcją, ale późniejsze zamknięcie szkoły już niekoniecznie.
- Przecież do tej szkoły też mógłby ktoś z okolicy przybiec, aby się schronić. Albo służby w razie potrzeby mogłyby tam wejść - zauważa Gubernat.
To nie był alarm przeciwpożarowy
Jedna z rzeszowskich szkół w trakcie alarmu zastosowała procedurę podobną do tej stosowanej przy alarmie bombowym czy przeciwpożarowym i wyprowadziła wszystkich uczniów na boisko.
- To też jest niestety złe działanie, bo my mówimy o tym, aby w czasie takiego alarmu znaleźć bezpieczne miejsce. Bezpiecznym miejscem nie jest plac przed urzędem czy przed szkołą - mówi rzecznik.
Dlatego wojewoda Teresa Kubas-Hul zwołała na piątek naradę z samorządowcami. Mają oni przedstawić, jak zadziałały procedury na ich terenie i gdzie pojawiły się problemy.
- Wszystkie te niedociągnięcia będziemy próbowali w jakiś sposób naprawić - zapowiada Gubernat.
Nie chodzi o szukanie winnych, ale o poprawę błędów
Bartosz Gubernat podkreśla przy tym, że nie chodzi o publiczne szukanie winnych. Wojewoda odpowiada za uruchomienie systemu ostrzegania, natomiast za organizację działań na swoim terenie odpowiadają samorządy, a za konkretne obiekty ich zarządcy i kierownicy.
- Nie chodzi o to, żeby kogoś ukarać publicznie czy zrugać, tylko chodzi o to, żeby następnym razem to zadziałało dobrze - mówi.
Alarm o ataku z powietrza. W rzeszowskich szkołach było różnie
Różnice w reakcjach były widoczne również w Rzeszowie. Jak wynika z informacji przekazywanych przez miejskie władze, część placówek prawidłowo zastosowała procedury, ale są też przypadki wymagające wyjaśnienia.
- Sytuacja okazała się praktycznym testem obowiązujących procedur. Wiemy, że w części miejsc zostały one zastosowane prawidłowo, mamy też sytuacje wymagające wyjaśnienia. Sprawdzamy teraz, jak wyglądały działania w poszczególnych miejskich jednostkach - mówi Marzena Kłeczek-Krawiec, rzeczniczka prasowa prezydenta Rzeszowa.
Miasto zbiera obecnie informacje. Prezydent Konrad Fijołek zwołał na wtorek, 22 września, posiedzenie Zespołu ds. Realizacji Zadań w zakresie Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej.
W dniach 22 - 25 września zaplanowano również szkolenia dla dyrektorów rzeszowskich placówek oświatowych, podczas których mają zostać omówione doświadczenia z czwartkowego alarmu.
- Nie chodzi o karanie kogokolwiek. Chodzi o wyciągnięcie wniosków z tej sytuacji i o to, żeby obowiązujące procedury były przestrzegane - dodaje.
Analizuje też i powiat
Podobną analizę prowadzi Powiat Rzeszowski. Jak przekazuje rzeczniczka Dominika Kosior, sprawdzane jest to jak na alarm zareagowały szkoły, placówki i inne jednostki organizacyjne powiatu.
- Cwartkowa sytuacja była praktycznym sprawdzianem funkcjonowania procedur bezpieczeństwa. W przypadku zagrożenia powietrznego czas na reakcje jest bardzo krótki, dlatego ten mechanizm reagowania musi być natychmiastowy i to musimy wypracować - mówi.
Podkreśla też, że powiat rzeszowski nie jest nadawcą Alertów RCB.
- W tym zakresie działamy w oparciu o komunikaty i zalecenia Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, służb oraz administracji rządowej - wyjaśnia.
Powiat nie chce na tym etapie wskazywać konkretnych przypadków niewłaściwego zachowania. Najpierw mają zostać zebrane i zweryfikowane wszystkie informacje.
Wzorowo w rzeszowskiej „czternastce”
Jednym z przykładów pokazujących, jak powinna wyglądać reakcja w trakcie alarmu, jest Szkoła Podstawowa nr 14 na ul. Staroniwskiej w Rzeszowie. Ale to jedna z niewielu szkół w mieście, które mają własny schron.
- Procedura wyglądała tak, jak miała wyglądać. Jeżeli mamy atak z powietrza, to wiemy, że mamy nie wychodzić na zewnątrz. A ponieważ mamy schron, to z tego schronu jak najbardziej korzystamy - mówi Joanna Stanio, dyrektorka SP nr 14.
Po ogłoszeniu alarmu uczniowie zostali sprowadzeni do schronu.
- Byliśmy tam naprawdę w ciągu minuty, cała szkoła momentalnie znalazła się w schronie. Dzieci stanęły na wysokości zadania - podkreśla dyrektorka.
Szkoła regularnie ćwiczy procedury ewakuacyjne, choć jak zaznacza dyrektor Stanio - alarm przeciwlotniczy to nie to samo co ćwiczenia przeciwpożarowe. Tym razem jednak uczniowie również wiedzieli, co mają robić.
Schron w szkole na ul. Staroniwskiej może pomieścić ponad sto osób. Jest wentylowany, ma sanitariat i osobne wyjście na zewnątrz budynku. Szkoła ma też piwnicę, która w razie potrzeby może być wykorzystana jako dodatkowe miejsce schronienia.
Dodatkowo pani dyrektor po całej sytuacji od razu wysłała do rodziców informację jak przebiegała ewakuacja i co się działo z ich dziećmi.

NFZ: Nie mieliśmy gdzie schować dwustu osób
Najwięcej komentarzy wśród mieszkańców Rzeszowa wywołała reakcja Podkarpackiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ. Pracownicy podczas alarmu opuścili budynek i znaleźli się na zewnątrz, czekając w alei Pod Kasztanami, przy pomniku Pakosławica.
- Wszystkie decyzje były podejmowane dość szybko, nie ukrywam. Natomiast będziemy się uczyć na własnych błędach, bo nikt tutaj chyba idealnie nie postąpił - przyznaje Rafał Śliż, rzecznik podkarpackiego NFZ.
Jednocześnie tłumaczy, że siedziba Funduszu nie ma odpowiedniego miejsca, w którym można byłoby bezpiecznie pomieścić około dwustu pracowników, a także znajdujących się w środku petentów.
Piwnice istnieją, ale nie są przystosowane do pełnienia funkcji schronienia dla tak dużej liczby osób. Dodatkowo w budynku znajduje się sporo przeszkleń, co również trzeba brać pod uwagę - w przypadku ewentualnego ataku szkło może poranić znajdujące się w środku osoby.
- Nie mamy po prostu możliwości, żeby tyle osób schować w jednym miejscu - wyjaśnia rzecznik.
Dlatego w czwartek zdecydowano o opuszczeniu budynku. Śliż przyznaje jednak, że po pierwszym takim doświadczeniu można rozważyć inne rozwiązania. W bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się właśnie rzeszowski zamek z rozległymi podziemiami, a w okolicy są również inne wskazane miejsca schronienia.
Problem jest też ze schronami
Jednym z kluczowych problemów na Podkarpaciu wciąż pozostaje niewystarczająca liczba miejsc schronienia. Bartosz Gubernat przypomina, że to nie tylko problem Podkarpacia. W Polsce nie ma ich wystarczająco dużo, aby w przypadku poważnego zagrożenia pomieścić wszystkich mieszkańców.
Państwo i samorządy mają jednak inwestować w kolejne miejsca schronienia. Jak wyjaśnia rzecznik wojewody, w tym roku samorządy mogły otrzymać pieniądze m.in. na przygotowanie projektów, budowę nowych schronów czy adaptację istniejących pomieszczeń. W przyszłym roku ma ruszyć pięcioletni plan inwestycyjny.
- Mówimy jednak o sytuacji, która pewnie się przeciągnie na rok, dwa czy nawet więcej. Nie będzie tak, że nagle w styczniu tych schronów przybędzie tyle, żeby wszyscy mieszkańcy mogli się skryć - zauważa Gubernat.
Dlatego w sytuacji zagrożenia, jeśli w pobliżu nie ma schronu, trzeba korzystać z dostępnych bezpiecznych miejsc - m.in. piwnic czy podziemnych garaży - i przede wszystkim nie wychodzić na otwartą przestrzeń bez wyraźnego polecenia.
„Nie można się obrażać na system”
Czwartkowy alarm pokazał jeszcze jeden problem: część mieszkańców Rzeszowa i Podkarpacia po prostu go zignorowała. Jedni twierdzą, że alertów jest za dużo, inni wcześniej domagali się właśnie skuteczniejszego ostrzegania, kolejni dostali sms, ale nie słyszeli syren.
Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego stoi jednak na stanowisku, że jeżeli służby ocenią poziom zagrożenia jako wysoki, mieszkańcy powinni zostać o nim poinformowani.
- Zawsze lepiej na zimne dmuchać. Jeżeli służby ocenią, że zagrożenie jest bardzo wysokie, to wysyłają alert i wtedy każdy z nas powinien się zachować tak, jak staramy się nauczyć. Po to jest poradnik bezpieczeństwa, po to są wszystkie organizowane przez wojewodę eventy, jak chociażby krajowy trening bezpieczeństwa - wylicza Gubernat.
Podkreśla, że podobne sytuacje mogą się powtarzać, a naszym zadaniem jest nauczyć się reagować na nie spokojnie i zgodnie z procedurami.
- Nie można się obrażać na system. Były już sytuacje, że drony wleciały w naszą przestrzeń i po to są służby, żeby to ryzyko ocenić i działać - mówi.
Po czwartkowym alarmie wnioski będą więc wyciągać zarówno wojewoda, samorządy i poszczególne instytucje, jak i mieszkańcy. Pierwszy taki sprawdzian nie wypadł idealnie. Ale być może właśnie dlatego był potrzebny - żebyśmy następnym razem zareagowali tak jak potrzeba.



