Andrzej Kasiurak po dwóch latach kierowania strażą miejską: Nie wszystko się udało [WIDEO]
Straż Miejska w Rzeszowie może wysłać do służby w ciągu dnia trzy, cztery radiowozy. Komendant Andrzej Kasiurak mówi, że pilne zgłoszenia mieszkańców zostawiają niewiele czasu na patrolowanie ulic. Po dwóch latach kierowania jednostką pytamy go o zatrudnienie, obecność strażników na osiedlach i sprzęt, którego nadal brakuje.
Mówił pan o uzupełnieniach etatowych i wsparciu prezydenta Konrad. Chciał Pan, żeby w Rzeszowie było powyżej 100 osób. To się nie udało. Dlaczego?
Andrzej Kasiurak: - Kiedy przychodziłem tutaj do pracy, było nas bodajże 58 osób. Dzisiaj mamy 71 etatów, więc coś się dzieje. Natomiast dalej uważam, że potrzebujemy stu.
To nie wynika z mojego widzimisię. Według raportu Unii Metropolii Polskich średnio na 10 tys. mieszkańców przypada pięciu strażników. W Warszawie jest ośmiu, u nas trzech. Z moich obliczeń wynika, że nawet sto etatów to dla naszego miasta nadal poniżej tej średniej - mówi Andrzej Kasiurak.
Kiedy obejmowałem stanowisko, nie było jeszcze ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. Po jej wejściu dostaliśmy dodatkowe zadania. Musimy mieć ludzi, żeby je wykonywać i w sytuacji zagrożenia móc w pełni działać.
Rozmawiałem z prezydentem Konradem Fijołkiem wiele razy. Tłumaczył mi, że musimy dostosować się do budżetu. Nie jest jednak tak, że sprawa została odłożona i mamy radzić sobie sami. Ludzi przybyło, więc widzę, że władze słuchają tego, o co proszę.
Na raz nie zatrudnimy trzydziestu osób. Chciałbym więc, żebyśmy mieli wieloletni plan i przyjmowali po pięć osób rocznie. W pewnym momencie doszlibyśmy do minimum, którego potrzebujemy.
Dlaczego niewłaściwe parkowanie nadal jest tak częste?
Czytelnicy przysyłają nam zdjęcia źle zaparkowanych samochodów, także w Śródmieściu. Podobne zdjęcia pojawiają się na facebookowych grupach. Dlaczego takie sytuacje mają nagminnie miejsce?
Andrzej Kasiurak: - Odpowiedź jest bardzo prosta. Jesteśmy w stanie wystawić trzy, cztery radiowozy na służbę w ciągu dnia. Miasto ma 129 km kwadratowych i ponad 200 tys. mieszkańców. Pilne interwencje ustawiają się w kolejce. Radiowozy jeżdżą załatwiać zgłoszenia mieszkańców, zamiast zajmować się typową pracą patrolową.
Zaglądamy również na „Święte krowy rzeszowskie”. Można też zobaczyć nasz radiowóz w okolicach ratusza. Ktoś mówi, że polujemy tam na tych, którzy wjeżdżają na zakaz ruchu. To tak nie wygląda. Mamy obowiązek chronić ważne obiekty administracji, a tam jest siedziba prezydenta i władz miejskich.
- Więc jesteśmy tam i będziemy tam ze względu na to, żeby zapewnić bezpieczeństwo pracy władzom miasta - odpowiada.
Zaczęliśmy też robić patrole, podczas których strażnicy przyjeżdżali na osiedle i dalej poruszali się pieszo. Mieszkańcy dobrze to przyjęli. Były nawet telefony do zastępcy komendanta z pytaniami, co się dzieje, że jest tylu strażników.
Nie zaniechaliśmy tych patroli, ale nie ma ich na taką skalę jak na początku mojej pracy. Część funkcjonariuszy prowadzi teraz szkolenia związane z ochroną ludności. Jesteśmy w to mocno zaangażowani i musimy pogodzić te obowiązki z pracą na ulicach.
Czy udało się kupić cały zapowiadany sprzęt?
Zapowiadał pan doposażenie straży miejskiej, między innymi w hełmy. Czy udało się kupić wszystko?
Andrzej Kasiurak: - Nie wszystko się udało. Otrzymaliśmy część. Każdy funkcjonariusz dostał osobistą apteczkę. Mamy duże torby ratunkowe i nosze. Przeszliśmy szkolenia z pierwszej pomocy, mamy również dwóch ratowników, którzy mogą udzielić pomocy, zanim przyjedzie pogotowie.
Nie udało się kupić kamizelek kuloodpornych i hełmów taktycznych. Była zgoda wojewody i prezydenta, ale czas na zamówienia był tak krótki, że nie zmieściliśmy się z formalnościami.
Ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej nałożyła na nas dodatkowe obowiązki. Jeżeli przyjedziemy jako pierwsi na miejsce niebezpiecznego zdarzenia, musimy między innymi wyprowadzić ludzi z zagrożonego obszaru, odgrodzić miejsce i powiadomić odpowiednie służby.
Widziałem w Charkowie, gdzie byłem na stażu, jak takie wyposażenie się przydaje. Nie chodzi o to, żebyśmy na co dzień pracowali w kamizelkach kuloodpornych albo groźniej wyglądali. Chodzi o sytuację, w której przyjeżdżamy pomóc poszkodowanym po niebezpiecznym zdarzeniu, zanim dotrą inne służby, albo wspieramy policję czy straż pożarną.
- Jestem typem dowódcy, który mówi zawsze za mną, a nie naprzód - mówi.
Jeżeli wysyłam tam swoich ludzi albo sam z nimi jadę, chcę wiedzieć, że zadbałem o ich bezpieczeństwo. Nie chciałbym mieć później z tyłu głowy, że mogłem zrobić coś więcej, żeby nic im się nie stało. Dlatego tak zależy mi na tym sprzęcie.
O czym jeszcze rozmawiamy?
W całym wywiadzie rozmawiamy również o:
radiowozie do przewozu osób, którego zakup komendant uważa teraz za pilniejszy niż auto dla ekopatrolu;
ocenie pracy strażników i tym, dlaczego sama liczba mandatów nie wystarcza;
ankiecie wśród mieszkańców i zapowiedzi opublikowania także negatywnych ocen straży;
grzywnie w sprawie „kupy wstydu” przy pomniku Czynu Rewolucyjnego.




